IV Rajd Dolnego Sanu Ulanów 19.03.2011

mar 24, 19:23

Rekordowo długa relacja, ale wiecie… nigdy jeszcze nie przebiegłam tylu kilometrów :) więc liczę na wyrozumiałość. Dla niektórych to tylko 50 km, ale dla mnie sporo!

Na imprezę Hiubiego wybrałam się już trzeci raz. Mimo to z obawami i stresem znacznie większymi niż poprzednio. Po pierwsze “klątwa zwycięzcy”, po drugie wydłużona trasa (zamiast 30 tym razem 50 km), po trzecie, i najważniejsze, stłuczenie kolana na Brugi, które poskutkowało zaniechaniem biegania przez ostatni miesiąc. Nie ma się co dziwić, że rozważałam dezercję, wyjazd towarzyski lub wzięcie roweru, aby porobić zdjęcia na trasie :) Powiedziałam sobie jednak “raz kozie śmierć”, zszyłam rozpadające się buty i upolowałam ulubioną chałwę, którą, nie wiedzieć czemu, coraz trudniej dostać w naszej wsi.
Jako że Hiubi jest zupełnie wyluzowany, jeśli chodzi o mapy, z trasą można się zapoznać dużo wcześniej. Jest to niby taki ukłon w stronę szarego zawodnika, jednak zamiast zwiększać szanse na dobrą nawigację, nie pozwala się wyspać! No dobrze, z tym wyspaniem, to przyznaję, że zachciało mi się siedzieć do 3.00 w nocy w miłym towarzystwie, jednak jak tu odpuścić pogawędki z samym Szefem-Wszystkich-Szefów Hiubim, w towarzystwie Ani Podrazy i Irka Kociołka, z którymi obmyślaliśmy strategie? W końcu, kiedy już wlazłam do śpiwora, przyplątała mi się myśl, że scorelauf robiony zgodnie z ruchem wskazówek zegara, a pod prąd numeracji punktów, będzie dłuższy o ponad 1,5 km niż przeciwny wariant! Ot, zagwozdka, dlaczego jednak tak uparcie broniłam tego wariantu? Otóż wydawało mi się, że dłużej będę miała sucho w butach. I nie była to zła decyzja.
Rano jednak wciąż się wahałam, zdania innych też były podzielone. Jak się później okazało – gdzie 2 kierunki, tam 3 możliwości, bo był i taki zawodnik, co zaczął w jedną stronę, ale potem przebiegł przez Ulanów i pognał w przeciwną. Dobrze, że o tym nie wiedziałam, bo kto wie, co by mi przyszło do głowy. W końcu nie chodzi o to, by biec w tłumie jak na ulicznym biegu, nic nie daje takiej satysfakcji jak realizacja własnych, nawet najgłupszych pomysłów nawigacyjnych ;)
W końcu ruszyłam chyżo według zaplanowanego wariantu. Ania wróciła się do szkoły po komórkę, więc pozostało tylko gonić Irka. Nie przebiegłam jeszcze nawet 2 km, a już pojawił się sympatyczny tubylec na rowerze, z różnymi ciekawymi propozycjami. Nie chciałabym tu nikogo dyskryminować ze względu na wiek, no ale miał ze dwa razy więcej lat ode mnie. A ja, według obliczeń rumuńskich naukowców, to już mogłabym być prababcią… yyy, no więc skończyło się na tym, że bezinteresownie pokazał mi skrót przez młodniki. Minęło czasu mało-wiele i dogoniłam Irka na punkcie 7.
Tu spotkała mnie miła niespodzianka w postaci propozycji wspólnej napierki z powodu popsutego kolana Irka. Rzuciłam hasło “Galloway” (lans, że czytuję branżową prasę, w rzeczywistości – ściema) i tak na przemian dziarsko maszerując i truchtając pognaliśmy na południe. Zanim punkt 6 padł naszym łupem, zamoczyliśmy sobie nieco stopy, bo strasznie nam się grzały od tego niesamowitego tempa. Po drodze dogonił nas Paweł Szarlip, wkrótce jednak zniknął w leśnym ostępach, lecz nie było to nasze ostatnie spotkanie!
W lesie niedaleko punktu spotkaliśmy kolejnego tubylca – ten był groźniejszy, bo miał siekierę i układał wielki stos, na którym miał zamiar upiec maruderów. Tak naprawdę to była Baba Jaga. Zatem tylko krzyknęliśmy mu (jej) “dzieńdobry”, by po chwili wynurzyć się z lasu na rozległy step, przyozdobiony biało-czerwonym masztem. Nieco nudy i kilka km w linii absolutnie prostej zaowocowało za chwilę zabawnym pomyleniem kierunków w wiosce o 180°.
No dobrze, do rzeczy. Punkt 5 na stoku narciarskim był bajecznie łatwy, dobrze, że nie zapomnieliśmy przedziurkować kart startowych! Niespodzianką był wynurzający się z krzaków Sebastian Reczek, który bardzo szybko biega. Za chwilę zniknął na horyzoncie, przebierając dziarsko nogami zawiniętymi w stuptuty domowej produkcji. Nie zdziwiłabym się, gdyby to były Siedmiomilowe Buty – takie miał tempo!
Na moście minął nas biegnący z naprzeciwka chytrze uśmiechnięty Janek Lenczowski. W sumie nie wiem, czy chytrze, bo twarz zawinął w kominiarkę, w której przypominał nieco mrocznego krzyżowca, w każdym razie przemieszczał się bardzo chyżo. A więc on już prawie kończył trasę, podczas gdy my byliśmy ledwie w 1/3!!! To oznaczało, że gdy my będziemy jeszcze w głębokim… bagnie i zapadającym zmroku, on już będzie grzał materac i objadał się frykasami na mecie! Chwilę później nastąpiła lawina napieraczy, zarówno z setki, jak i pięćdziesiątki. Na punkcie 4 wymieniliśmy cenne informacje z Wojtkiem Wanatem (i co z tego, skoro i tak koniec końców nie uwierzyliśmy mu).
Mimo tak motywującego tłumu tempo nieco nam spadło. Wkrótce okazało się, że maksyma “spiesz się powoli” nie jest całkiem pozbawiona sensu – oto bowiem na skrzyżowaniu dróg znów natknęliśmy się na Sebastiana (nie wyglądał na zbyt ucieszonego tym spotkaniem) i parę km przeszliśmy razem, miło sobie gawędząc. Kto by tam pędził po szosie, szosy są dla samochodów, a nie dla biegaczy :)
Jednak niedługo trwało to wyluzowanie, ponieważ na przejeździe kolejowym w lesie zobaczyłam nadchodzącą z naprzeciwka… zawodniczkę z trasy 50 km!!! Nie było wątpliwości, że to zawodniczka, gdyż miała nie tylko złociste loki, lecz również różową kurtkę. Co prawda nie biegła, ale szła naprawdę szybko! Owa zawodniczka (a była to Joanna Rafalska – serdecznie pozdrawiam!), przyznaję, zdominowała nasze rozmowy na pewien czas. Właściwie to ja prowadziłam monolog na temat tego, czy szybki marsz nie jest przypadkiem szybszy niż wolne bieganie oraz rozważania, czy półmetek już za nami, czy nie. Irek okazał dużo cierpliwości do tych dywagacji, ale tempo delikatnie wzrosło.
Po zaliczeniu punktu 3 na ambonie stanęliśmy (to taka literacka przenośnia, w rzeczywistości cały czas przemieszczaliśmy się do przodu) przed dylematem, którędy pokonać liczne kanały w lesie przed nami. A las ten był już w najpiękniejszej wiosennej odsłonie, kiedy w grądzie nie ma jeszcze liści, w podszycie dominuje jeżyna, a wszędzie dookoła chlupocze woda. W końcu zaufaliśmy mapie, zamiast uwierzyć w informacje o kładkach od starszego i mądrzejszego kolegi Wojtka!
Skutek był taki, że wylądowaliśmy nad rzeczką szeroką na kilka metrów. Wyglądała na mokrą, a mostka nie było. Przeprawiliśmy się po pniu jedynie słuszną metodą kowbojów i zagłębiliśmy w prastarą puszczę. Lecz mimo jej dzikości, wkrótce z ostępów wynurzył się niezwykle rozmowny tubylec. Rower dawał mu pewną przewagę, dzięki temu dowiedzieliśmy się niezwykłych ciekawostek o ścince drzew, budowaniu masy, bieganiu i właściwym tempie zwiedzania. Ta potyczka na intelekty była tak absorbująca, że kilometry minęły nie wiedzieć kiedy.
Jakaż była nasza radość, a smutek Sebastiana, gdy znów spotkaliśmy się na leśnej drodze! Kontakt wzrokowy udało się utrzymać zaledwie kilka minut, gdyż nasze pomysły na dotarcie do punktu 2 okazały się rozbieżne. Za to tuż za nami do punktu dotarł Paweł Szarlip. Próbowaliśmy się chyłkiem przeprawić przez rzeczkę i uciekać przed nim tnąc na azymut młodniki i bagno. Nasze bluzy – czerwona i niebieska – wspaniale maskowały się w pozbawionym podszytu lesie, ale zdradzał nas żółty buff powiewający na głowie Irka :) (oczywiście był to kultowy buff Rajdu Timex 360°, nie do pomylenia z żadnym innym).
Wkrótce rozpoczęła się ciuciubabka z Pawłem, której skutek był taki, że my zrealizowaliśmy wariant, który on zaplanował, a on – nasz. Zaczęło się tak jakby ściemniać, a na otwartych terenach zrębów w przykry sposób zaskoczył nas opad, który zidentyfikowałam jako deszcz ze śniegiem. Próby rozgrzewania się biegiem wychodziły nam coraz gorzej – kolana się buntowały. W końcu Irek poprzestał na marszu, ale tak szybkim, że musiałam truchtać obok. Zabranie ultralekkiej wiatrówki okazało się strzałem w dziesiątkę. I wreszcie ostatni punkt padł łupem naszym i Pawła, który wyszedł z krzaków.
Według obliczeń Hiubiego pozostało nam tylko 8 km do bazy, Sebastiana od pewnego czasu nie widzieliśmy, wydawało się, że to bułka z masłem. Postanowiliśmy ciąć na azymut przez pola do miejsca podpisanego jako Małki. Chwilowy rozejm z Pawłem pozwolił się rozluźnić. Po zamoczeniu nóg do kolan w bagnie i obtoczeniu ich w ornej ziemi, chyżo przecięliśmy drogę krajową nr 77, która zaskoczyła wielu zawodników, bo nie było jej na mapie. Ale kto by tam zwracał uwagę na takie szczegóły, gdy między płatkami/kroplami deszczu widać w oddali światełka miasteczka?
Miało być pięknie i spacerek do bazy, jednak Paweł wkrótce wybrał ryzykowny wariant przez starorzecze, który dał mu 200 m przewagi. Trudno, popłakując z cicha z powodu kolan, zaczęliśmy go gonić (ja płakałam, a Irek zagryzał zęby – chłopaki nie płaczą!). Irek przeskakiwał z nogi na nogę, a ja miałam nadzieję, że kolana rozruszają się po kilkuset metrach. I tak się w istocie stało, a skoro tak dobrze się biegło (można tu użyć określania: raźno kuśtykało), to zmotywowaliśmy się utrzymać tempo do mety. Gdy już zobaczyliśmy przed sobą most i wąskie uliczki Ulanowa, a później wyłaniającą się zza zakrętu szkołę, nie było już miejsca na odpuszczanie i wbiegliśmy na metę po 7.39 h od startu. Głupawka mnie nie ominęła:

Wkrótce dotarł Paweł, chwilę dłużej czekaliśmy na Sebastiana. Damian z Bartkiem przybiegli 11 minut przed nami. A wynik? Nie mam porównania, ale jak na luźne traktowanie treningu (właściwie jego brak) wydaje mi się całkiem przyzwoity. Przełamałam się do takiego dystansu i chciałabym spróbować go kiedyś poprawić.
Już w bazie Irek przyznał się, że najbardziej pod koniec to bolał go… łokieć. To czemu nic nie powiedział? “A po co, przecież nie przestalibyśmy biec!” :)

Hiubi, dzięki za bardzo fajną imprezę – jak zwykle!

Info sprzętowe:
Buty Salomon XA comp, skarpetki wełniane Smartwool, legginsy biegowe, bielizna rhovyl, polarek Beri Kazalnica, 2 buffy – na szyi i na głowie, rękawiczki jedwabne Kalenji, ultralekka kurteczka z lumpeksu (w większości podróżowała w plecaku). Plecak Inov-8 race pro (duży, ale lekki i wygodny).
Jedzenie: 2 batony chałwa Wedla, 1 baton musli z czekoladą Nestle.
Picie: około 0,75 l Muszynianki. Przy temp. kilku stopni na plusie wystarczyło.

“Strona RDS”:http://dolnysan.blog.onet.pl/
Relacja Irka

Autor: Ula
Zdjęcie: ekipa Hiubiego

ula

---

Skomentuj

  1. Irek nie wykazywał cierpliwości – Irek nie miał siły marudzić na marudzenie Uli.
    I nie zmotywowaliśmy – Ula się sama zmotywowała, a Irkowi męska duma nie pozwalała być gorszym (poza tym totalne zdziwienie to dobry środek przeciwbólowy)

    I co ty chcesz od chłopca z siekierą? Dla mnie, to do pięt mi nie dorasta w udawaniu płci pięknej!

    ;)

    — Klayman · mar 24, 23:10 · #

  2. Chłopiec z siekierą był w porzo :) Faktycznie zapomniałam o tym gościu w Krzeszowie. Jego mina, jak zdjąłeś buffa, musiała być bezcenna! Dzięki jeszcze raz za wspólny strasznie fajny start!
    ps Dodałam linka do Twojej relacji.

    — Ula · mar 25, 00:18 · #

  3. A dziękować, dziękować.

    Wracając do pana z Krzeszowa – miewałem już ciekawsze “wpadki”. Ale o tym innym razem (znowu zarwiemy noc przed jakimś rajdem :P)

    — Klayman · mar 25, 20:29 · #

  4. Jeszcze raz gratuluję. To teraz na DYMnO Cię widzę:)

    Paweł · mar 29, 00:38 · #

  5. heh, dzięki, Dymno to już bardziej rower lub rajd :)

    — Ula · mar 29, 17:15 · #

 
---