LATO Z PTAKAMI ODCHODZI - ODYSEJA JESIENNA ROŻNÓW

paź 21, 14:00

Minęło już ponad dwa tygodnie od wspólnego startu z Sahibem w Odysei. Spośród wszystkich maratonów rowerowych na orientację ten jest najbardziej górski. Dlatego, nie mając na co dzień okazji trenować “pod góry” stresowałam się tym startem, mimo że zaczynać mieliśmy z Gródka nad Jeziorem Rożnowskim. Nie są to prawdziwe góry, nazywają się “pogórzem”, ale niech Was ta nazwa nie zmyli. W okolicy nie brak przewyższeń przekraczających 200 m, a logika przebiegu grzbietów gdzieś się zagubiła… Na mapie cały ten teren wygląda jak posiekany siekierą.

Pierwszego dnia – scorelauf. Konkurencja mocna. Cóż, szybki rzut oka na mapę i decyzja – zaczynamy zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Punkty mają specyficzną wycenę wagową – jest nią kara czasowa, którą dostaje się w razie ominięcia punktu. Po wcześniejszych dwóch przejechanych Odysejach wiem, że zrobienie całej trasy będzie poza naszym zasięgiem. Wybory jednak zostawiamy na potem. Póki co podziwiam tempo, z jakim wyprzedza nas na szosie Justyna, zwana Tytanową, kobieta poza wszelką konkurencją!!! Przez chwilę próbujemy utrzymać się w tym tramwaju jadącym z górki, ale naprawdę krótko.

Poza trudnością w wyborze właściwego wariantu, nawigacja jest bardzo łatwa. Mapa Compassu elegancko gra z terenem. To już tradycja imprez organizowanych przez tę firmę. Nie ma tu specjalnych dywagacji, która droga jest która i czy las to las czy może pole. I tak naszym łupem padają kolejne punkty (9, 8 i 1). Niestety kosztuje nas to sporo podjeżdżania. Na niektórych podjazdach nie daję niestety rady i prowadzę rower. Wstyd się przyznać, ale na niektórych zjazdach też… A moje opony zdecydowanie nie nadają się na błoto, czasem nie mogę nawet wyhamować, rower ustawia się bokiem jak dziki koń i tyle.

Do PK2 wybieramy ciekawe dojście od północy. Ciekawe, bo po kostki w płynnym błocie. Lokalni grzybiarze patrzą na nas jak na ufo. Zyskujemy jednak na nawigacji – trafiamy prosto na punkt. I znowu góra-dół-góra-dół, chciałoby się dokończyć “środek-stół”, ale jeszcze nie czas imprezować. Ciśniemy więc we wschodni koniec mapy. Zaliczamy 3, 4, 5 i 6. Przychodzi jednak ten smutny moment, gdy trzeba coś obciąć. Decydujemy się nie brać 13, 14 i 15. Limit zaczyna gonić, minęła już ponad połowa czasu. Robimy bardzo fajny przelot grzbietem z PK6 na PK7. Dzięki obcięciu PK13 zyskujemy na przewyższeniach. Do mety niedaleko, ale zaczynają się moje kryzysy. Sahib nadal podjeżdża najsztywniejsze podjazdy zawzięcie mieląc pod górę. Tytanowy może nie jest, ale może Karbonowy? Idąc z wywieszonym językiem mam za to więcej czasu na podziwianie okoliczności przyrody. Właśnie klucz żurawi leci na południe. Wspaniały widok, szkoda tylko, że to już “lato z ptakami odchodzi”.

Po zaliczeniu dwóch punktów w pobliżu Gródka wbijamy się na boczny asfalcik, prowadzący wprost nad jezioro. Nagle, gdy pędzimy ze 40 km/h, przed nami… czarna dziura! Droga jest oberwana, ledwo żeśmy wyhamowali. Na własnej skórze doświadczylibyśmy procesów geologicznych, brrrr. Teraz już czujniej – jeszcze dwie niespodzianki i już jesteśmy na głównej szosie. A przed nami jeden z konkurencyjnych teamów. Gonimy więc koleżankę i jej partnera, ostatni podjazd, bo Gródek jest zlokalizowany złośliwie na górce i nareszcie meta!

Po tym pierwszym dniu jesteśmy trzecim MIX-em, z czego bardzo się cieszę, jednak nieźle dały mi w kość te podjazdy i nie wiem co będzie jutro. Najważniejsze to zająć się rowerami – Sahib myje, ja smaruję łańcuchy. Potem pizza, a wieczorem film o Przejściu Północno-Zachodnim i odpływamy w sen.

Niedzielny etap jest krótszy i to niestety klasyk. Szkoda, bo na nawigacji i scorelaufie zawsze można nieco ugrać… Już dojazd na pk1 robimy inaczej niż wszyscy. Niestety to “inaczej” nie wyszło nam na dobre i teraz musimy gonić. Jako nawigatorka czuję się winna, więc kolejny przelot wymyślam lepiej. Pk2 atakujemy od góry, co okazuje się dobrym pomysłem. Lecimy 35 km/h w kompletnej mgle! Niesamowite uczucie, brak widoczności, wąski asfalcik, jesteśmy zanurzeni w mleku. To jednak daje szansę urwać się peletonowi, który depcze nam po piętach, czy też raczej po oponach.

Na PK3 idziemy po błocie przez pola… średni wariant. Do PK4 i PK5 zatem bez refleksyjnie szosą. Dobry wariant. Kolejny PK czyli 6 nie pozostawia złudzeń… Przeprawa przez wieeeeelką górę. Jedno z tych niezapomnianych rajdowych podejść, a konkurencja nie śpi, w dodatku odważnie podchodzi do zjazdów po zrypanych gałęziach i błocie. Punkt zaliczony, PK 7 to łatwa jazda szosami – i pytanie “co dalej?”. Limit jak zwykle nieubłagany, a PK8 jak w bajce – za siedmioma górami. Odpuszczamy. Jedziemy od razu na PK9 – po drodze chce nas zjeść jedna krowa, a na jednym ze skrzyżowań mijamy zamyśloną grupkę “naszych”. Końcówka to już doskonale znany teren – byliśmy tu zarówno wczoraj, jak i dziś rano, więc jedziemy na pamięć.

Tym razem lądujemy na IV pozycji w MIX-ach i taki jest też ostatecznie nasz wynik w całej Odysei. Nie jest to zła lokata, ale liczy się przecież jeszcze co innego. Fajny teren, dobra pogoda, a przede wszystkim bardzo dobra współpraca w teamie, niezła nawigacja i dwa znalezione na trasie prawdziwki – to był naprawdę udany weekend.

Autor: Ula
Strona zawodów

ula

---

Skomentuj

 
---