HARPAGAN 40 I BATONY SPADAJĄCE Z NIEBA

paź 19, 00:29

Moja styczność z Kaszubami to ubiegłoroczny Harpagan w Redzie oraz przeklikanie kiedyś całej mapy Kaszub – z której niewiele pamiętam. Rejon Kościerzyny jest zatem dla mnie dziewiczy, a więc zabawa nawigacyjna zapowiada się tym ciekawsza.

Do miasteczka przyjeżdżamy z Sahibem na 7 minut przed startem trasy pieszej. Ledwo zdążyłam sobie zrobić fotkę z Maćkiem Więckiem, któremu w tym momencie nie pozostało nic innego jak tylko wygrać pieszą setkę, co zresztą zrobił z nowym rekordem Harpagana i w ogóle pieszych setek z czasem 10.29 ;)

Nie wyspaliśmy się, bo przez całą noc ci najlepsi z trasy pieszej wpadali na przepak i głośno tupali koło naszego posłania. My zresztą do późna pompowaliśmy koła ultramałymi pompeczkami wielkości długopisu i zajmowaliśmy się innymi pracami ręcznymi wokół rowerów.
Tymczasem nastała godzina 5.00 rano i pobudka, na dworze ciemno, zimno, ale przynajmniej nie pada. Optymistycznie ubrałam się zatem dość lekko i pojechałam na start nawet bez plecaka. To była dobra decyzja. Trzy minuty przed startem dostaliśmy mapy. W ramach minimalizmu nie miałam nawet czołówki, musiałam więc obejrzeć mapę przy słabym świetle latarni na rynku. Postanowiliśmy zacząć od północy – od długiego, asfaltowego przelotu do PK15. Widok na szosie był niesamowity – sznur czerwonych światełek, to podjeżdżający pod górę, to opadający w dół ku nieznanym czeluściom, w jakie prowadziła szosa do Stężycy. Koło na zmianę dawali mi a to Sahib, a to Wiki (chciał uciec, ale zaczęłam krzyczeć, ze to ja), a to inni przygodni rowerzyści, których po ciemku nawet dokładnie nie widziałam, ale serdeczne im dzięki.
Gdy dotarliśmy na punkt, nastała już światłość dnia, lekka mżaweczka osiadała nieśmiało na twarzach, ale nam zrobiło się całkiem ciepło od tempa i emocji. Teraz mogliśmy już lepiej przyjrzeć się mapie i postanowiliśmy bez większych refleksji atakować wszystkie północne punkty po kolei. Jakoś nam to szło, bez specjalnej historii, mijał czas, a liczniki wciąż pracowały. Po 3 h mieliśmy już 55 km w nogach. Oboje mieliśmy w głowie kiełkujące rozczarowanie, że ten kultowy Harpagan, znany ze złych map i trudnej nawigacji, nagle zmienił się w sprinterski wyścig, z prędkościami porównywalnymi z Waypointrace albo Mazovią.
Na PK16 zobaczyłam nasze koleżanki – Monikę, Agnieszkę i Ewę, które bardzo sprytnie skracały trasę przeprawiając się z rowerami przez wodę tuż obok punktu. To dodało mi motywacji. Jednak nie w głowie była nam kąpiel (w końcu myliśmy się wczorajszego dnia) i pojechaliśmy naokoło.
Punkty na Harpaganie mają różną wycenę wagową (od 1 do 5), więc po zaliczeniu PK10 w rogu mapy, gdy już wiedzieliśmy, że cała trasa nie padnie naszym łupem, zaczęliśmy dokonywać trudnej sztuki wyboru. W dodatku zaczęły się pierwsze kryzysy, zamulanie na asfalcie i najdłuższy przelot w kolejny róg mapy do PK20. Całe szczęście, że znalazłam na drodze batona – jakieś truskawkowe kalorie były w tym momencie bardzo na miejscu, za co wypada podziękować anonimowemu i niczego nieświadomemu ofiarodawcy ;)
W lesie było naprawdę pięknie. Żółte buki, lekka jakby mgiełka, zaorane pola – krajobraz nastrajał naprawdę romantycznie. Może dlatego niektórzy robili na trasie popas i piknik, mnie jednak Sahib strasznie poganiał i nawet pod górę kazał mi przyspieszać, więc nie było zbyt wiele czasu na przyjemności. Znalazłam jednak kolejnego batona – był to Snickers, który spadł z nieba i którego natychmiast wchłonęłam prosto do tkanek (również dziękuję!).
Na “tłustym” PK20, który był wart 5 punktów wagowych, dowiedzieliśmy się, że trasy na południu są bardzo piaszczyste. Postanowiliśmy więc wrócić z powrotem ku środkowi mapy. Jedynym estetycznym doznaniem był widok na Jezioro Kielskie koło Hamer Młyna. Poza tym cały ten zygzak był idiotyczny, długi i bardzo dał nam w kość. Ciągnęliśmy już na oparach energii, na szczęście co jakiś czas pojawiał się na drodze ktoś, kogo można było dogonić, a czasem nawet nawiązać miłą konwersację, dzięki czemu przeloty nie dłużyły się aż tak bardzo.
W końcu jednak przyszedł czas na użycie tajnej broni – była nią butelka coli schowana na czarną godzinę na dnie plecaka Sahiba. Limit jakoś tam zaczynał wywierać na nas psychiczną presję, więc cola okazała się strzałem w dziesiątkę. Dzięki niej naszym łupem padły kolejne “tłuste” punkty: PK14, na którym miłe dziewczyny z obsługi poczęstowały nas “czymś niesłodkim” i PK17, który zlokalizowany był podobno koło wieży widokowej, ale byłam już tak wpatrzona w mapę, w trawę pod nogami i od czasu do czasu w piasek, że nawet tego nie zarejestrowałam.
Ostatni odcinek to długa, naprawdę nużąca jazda szosą do Lipusza, bez przystanków, refleksji i wspomnień. PK11 i PK7 wskoczyły do naszych chipów, a my, choć mieliśmy jeszcze godzinę do limitu, postanowiliśmy już wracać do bazy. Po szybkim finiszu wpadliśmy z powrotem na rynek w Kościerzynie. Na licznikach mieliśmy 180 km, czas 11 h.
Meta nie była końcem, bo z mety do bazy było jeszcze pod górę!

Dla ciekawych podaję kolejność zaliczania przez nas punktów i ich wycenę wagową w nawiasie:
15 (4), 19 (5), 5 (2), 16 (4), 18 (5), 10 (3), 12 (3), 20 (5), 6 (2), 14 (4), 17 (5), 11 (3), 7 (2)

Warto na marginesie naszych poczynań rowerowych odnotować niesamowity czas, który wykręcił Maciek Więcek na trasie pieszej. Kiedy wpadli do bazy na przepak wraz z Michałem Kiełbasińskim o godz. 1.50 w nocy już wtedy zaświtała mi myśl, że coś z trasą Harpagana musi być nie tak. 4.50 na pierwszej pętli? Szokujący czas. I tempo jak widać utrzymane do końca – 10.29 h to nowy rekord Harpagana, orienterskich “setek” w ogóle i Mistrzostw Polski, które odbyły się w tym roku właśnie przy okazji Harpagana. Teraz już chyba każdy zastanowi się dwa razy, zanim wystartuje z Maćkiem w teamie. Ja bym się bała w każdym razie ;) Sam Harpagan odbył się po raz 40., z tej okazji nie zabrakło tortu ze świeczkami i sztucznymi ogniami, który był tak duży, że załapaliśmy się nawet na dokładki.

Autor: Ula

ula

---

Skomentuj

  1. Ula, ja jestem ciągle pod wrażeniem Twojej kondycji i umiejętności nawigacyjnych. Na szczęście tym razem nie dałem Ci się objechać ;-P

    — BoB · paź 19, 17:50 · #

  2. Robert, no tak chyba powinno być naturalną koleją rzeczy, że jedziesz lepiej! Gratuluję Ci wyniku. Miło było spotkać Ciebie i Andrzeja na trasie. Ale chyba w którymś momencie musieliście się rozdzielić, bo pod koniec widziałam a to jednego, a to drugiego z Was ;) Jaki miałeś wariant?

    — Ula · paź 19, 18:38 · #

 
---