GRASSOR - NAJDŁUŻSZY DZIEŃ, NAJDŁUŻSZY MARATON

cze 25, 00:21

Nie zwykłam pisać długich, szczegółowych relacji, takich o namierzaniu się na kolejne pk. Tym razem odstąpiłam od swoich zasad. Bo jak tu opisać krótko trasę 24-godzinną, która ciągnie się, ciągnie i dłuży? Jeśli ktoś ma ochotę poczuć smak całodobowego zmagania się z piachem, zimnem i trudną nawigacją, to zapraszam do lektury!

Grassor to wyjątkowe zawody w kalendarzu. Długi czerwcowy dzień, dzikie tereny, których nie brak na zachodzie naszego kraju, wielkie pola i ciągnące się kilometrami puszcze, mnóstwo jezior i jeziorek, a przede wszystkim budzący szacunek dystans 300 km na trasie rowerowej i nawigacja mająca w sobie cechy zarówno łamigłówki, jak i niespodzianki. Na punktach człowiek czuje się zupełnie tak, jakby losował kolejne czekoladki z pudełka – dopiero bowiem po zdobyciu punktu dowiaduje się o położeniu kolejnych, najbliższych. Na pustej dotąd mapie powoli wyłania się zamysł trasy, pojawiają się pomysły wariantów, zapełnia się tabula rasa.

Do bazy w Człopie dojechałam z Jankiem Bolanowskim i Darkiem Wielakinem wczesnym wieczorem, kiedy jeszcze czuć było upał minionego dnia. Szkoła zamknięta była na głucho, lecz życie towarzyskie kwitło pod fontanną, a miejscowi ciekawie spoglądali na nas z balkonów i z przejeżdżających aut. W końcu dostaliśmy się na salę gimnastyczną, ale start zaplanowany był dopiero w południe dnia następnego, wobec czego życie w bazie toczyło się leniwie i przez całą noc zjeżdżali się kolejni zawodnicy.

Taki wieczór przed startem to zawsze obmyślanie strategii. Co zabrać? Pieniądze czy jedzenie? Ile wody, ubrań? Plecak czy sakwę? Noc, choć tak krótka, ma być niezwykle zimna – prognozy mówią nawet o 0°, w co trudno uwierzyć. Jednak na rowerze marznie się bardziej niż idąc pieszo, pęd powietrza dodaje swoje trzy grosze. Decyduję się na długie spodnie, do sakwy pakuję i polar, i kurtkę, dodatkowe rękawiczki, buffa, sporo jedzenia, które powinno dać mi nieco niezależności, gdyby po drodze brakło sklepów. Z wodą jest łatwiej, wystarczą jakieś domy. Moich planów o mało nie niweczy brak śrubek do zamontowania bagażnika! Ratuje mnie Paweł Kotlarz i jego pokaźna torebka ze śrubkami rozmaitych rozmiarów.

Rano czasu jest aż nadto. W południe zbieramy się wszyscy przed szkołą, zegar na wieży bije nad miasteczkiem, ale Daniel przychodzi bez map, za to jak zwykle z uśmiecham na twarzy, zapewne uśmiechając się do swoich myśli o tym, jak już za chwilę będziemy głupawo kręcić się po lesie w poszukiwaniu jego słynnych, poukrywanych punktów. Po półgodzinnym opóźnieniu są i mapy, ruszam według wcześniejszego planu z Bartkiem Jachymkiem, na południe, szosą wśród zielonych jeszcze zbóż, pod wiatr, przed nami i za nami nikogo. Punkt 19 koło jakiś jeziorek, nie powinien być trudny. Jednak już wkrótce okazuje się, że pojechaliśmy inną drogą niż przewidywał nasz plan. To i owo nie grało, choć cudów po topograficznej “setce” nie należy się spodziewać. Spotykamy Kamilę Truszkowską, która potwierdza nasz błąd. Każdy według swojego pomysłu dociera w okolice punktu, a następnie atakujemy go większą grupą. Zdobycie punktu zajęło nam mnóstwo czasu, co nie wróży nic dobrego i łamie ducha – a to dopiero początek.

Nasze dalsze drogi z Bartkiem rozchodzą się ku dwóm różnym punktom. Bartek atakuje środek mapy, ja podążam po krawędzi, na południe ku pk5. Niestety wariant, który wybieram, jest średni. Las pocięty drogami we wszystkich kierunkach, nawet patrząc cały czas na licznik i kompas mam po chwili mętlik w głowie. Niedługo dołącza Kamila, z którą będę miała przyjemność jechać przez kolejne kilkanaście godzin. Po lewej stronie mamy łąki, trzymamy się jak najbliżej ich skraju. Niewiele w tym sensu, przedzieramy się przez pokrzywy, gryzą nas komary, od czasu do czasu wychodzimy na otwartą przestrzeń. Powoli, krok za krokiem, mamy jednak pewność, że w końcu znajdziemy punkt. Po jakimś czasie, długim nawet w kategoriach danej nam doby, faktycznie skraj lasu przybiera odpowiedni kierunek i punkt stoi jak byk.

Kolejny przelot można nazwać odpoczynkiem. Długi asfalt do Pęckowa i szybkie namierzenie czegoś, co Daniel określił dość humorystycznie mianem “żlebu” (pk8). Zażartowałam jeszcze, żeby Kamila do tego żlebu nie wpadła i już deptałyśmy w pedały po zmiennej, ale w większości piaszczystej nawierzchni, kierując się ku pk18, który z pozoru wyglądał na trudny i beznadziejny do znalezienia. Na miejscu jednak, określonym przy pomocy niezawodnych liczników, widać w oddali górę, nie byle jaką – to musi być owa góra, Stara Studnia o imponującej wysokości prawie 95 m n.p.m. Idziemy do niej kawałek z buta, mamy już cztery punkty! Widok niekończącego się lasu i górek wynagradza nam trud wdrapania się tam. W końcu dla widoków też rusza się w trasę, nie tylko dla przekleństw przy mieleniu piachu.

Asfalt do Mokrza okazuje się pełen pułapek, w jednym miejscu zawiany kompletnie piachem na jakieś 30 cm głębokości. Wioski pośród tego lasu sprawiają wrażenie opuszczenia i końca świata, a wieczór coraz bliżej. Znów przedzieramy się przez pasmo wydm, które na mapie wyglądają jak jakieś bazgroły. Po drodze Kamili psuje się mapnik, który naprawiamy przy pomocy zipa i starej skarpetki. Pk2 jest to kolejna porażka naszej leśnej nawigacji. Czy może raczej sukces? Bo na punkt trafiamy precyzyjnie, tyle że nie możemy znaleźć lampionu. Po jakimś czasie inną drogą nadjeżdża ktoś, kto z bliska okazuje się Krzyśkiem Duszą. To pierwszy spotkany człowiek od paru godzin. Krzysiek twierdzi, że jesteśmy na punkcie. Jeszcze raz macamy wszystkie drzewa. Ładnie tu. W końcu Kamila i ja decydujemy się jechać do Rzecina i namierzać jeszcze raz. W Rzecinie dzwoni telefon – to Krzysiek, nomen omen, Dobra Dusza. Mówi, żebyśmy wracały, bo punkt był tam, gdzie się spotkaliśmy. Wracamy posłusznie. Punkt jest, jakieś 50 m od miejsca, w którym go szukaliśmy, przy samiutkiej drodze.

To przykre doświadczenie ma wpływ na kolejny nasz wariant. Na pk11 jedziemy mało komfortową, za to idącą jak przy linijce przecinką. W pobliżu punktu znów
spotykamy Krzyśka, który pojechał był swoim, dłuższym wariantem. Kamila wpada na złośliwie zaostrzoną sosnową gałąź i wbija ją sobie w ramię. Ale jej ducha nic nie jest w stanie złamać. Pomimo, że mrok już prawie nas ogarnął, nad leśnym, malowniczym jeziorkiem widzę ciemny kształt wyposażony w rower, czeszący trzciny. Kształt po posturze rozpoznaję jako Bartka i po chwili cała nasza czwórka ma podbity kolejny punkt. Od tego momentu umownie zaczyna się noc. Ubieramy się, zapalamy lampy i czołówki. Liczniki wybijają setny kilometr.

Długie, przymulające asfalty prowadzą nas ku dolinie Noteci. Wioski, tak spokojne za dnia, są jeszcze bardziej puste i wymarłe nocą, a ruch na drodze znikomy. Koło śluzy (pk13) spotykamy wracających z punktu Krzyśka Wiktorowskiego z towarzyszem. Mają mokre buty, co mnie przeraża, bo i bez tego na asfalcie tracę czucie w palcach. Prognozy zaczynają się sprawdzać, a wełniane skarpetki nie dają rady! Postanawiamy za wszelką cenę znaleźć dojście na punkt suchą nogą. Za cenę kilku minut, pokrzyw i chaszczy przeskakujemy prawie suchy rów i wychodzimy zwycięsko z potyczki “człowiek kontra woda”. W dodatku dostaję pakiet motywacyjny w postaci sms-owej. Tu zastaje nas północ.

W Wieleniu zażywamy krótkiego postoju na stacji benzynowej. Przelot ku pk10 dłuży się, zimno dobiera się do nas. Zaczynam przypominać sobie opowieści z zeszłego roku, kiedy to niejeden zmarzł bardziej niż na Nocnej Masakrze, nie doceniając czerwcowych mrozów. Zjeżdżamy w las w stronę pk10 i ufając w równej mierze licznikom, co podwójnej kobiecej intuicji wyjeżdżamy na jaz tuż opodal właściwego punktu. Jedzie z nami Krzysiek Wiktorowski, tym razem już sam, ale na asfalcie nasze drogi znów się rozchodzą. Demotywuje mnie znak “Człopa 24 km”. Przez chwilę mam ochotę pojechać za tym wezwaniem i w ciągu godziny znaleźć się w śpiworze. Zagłuszam w sobie głupie pomysły. Jeszcze nie chce mi się spać, na razie tylko wszystko boli – tyłek, kark, nadgarstki, głowa od źle zamontowanej czołówki. No i to zimno, tym bardziej odczuwalne, że stoimy w przedsionku lata.

Pk10 poszedł nam lekko, od strzału. Nie dziwi mnie więc, że kolejny – pk6 – idzie jak po grudzie. Taka karma. Wszystko niby pięknie, Kamila dokonuje precyzyjnego pomiaru na mapie, liczniki i kompasy nie próżnują. Co z tego, kiedy punktu nie ma. Ogarnia mnie rezygnacja, ale Kamila nie odpuszcza. Poddaję się jej decyzji – wyjeżdżamy na północny skraj lasu. Tam próba przedarcia się przecinką – nieudana, jakieś bagno i babrzyska dzików. Wracamy w środek lasu, do skrzyżowania dróg, takiego stuprocentowego, dającego pewność, gdzie właściwie jesteśmy. I cała zabawa na nowo. Licznik, kompas, dumanie, rozglądanie się. Do trzech razy sztuka. W końcu – jest. Znajduję punkt. Tym razem pomyliłyśmy się znów o jakieś 50 m, ale w lesie, w którym przecinki są co 50 m taki mały błąd waży na sukcesie.

Nawet nie zauważyłyśmy kiedy, podczas tego błądzenia wstał świt – najprzyjemniejsza pora rajdowania, na co dzień rzadko doceniana. Kiedy jedziemy zalanym słońcem asfaltem, a nad polami unosi się mgiełka, jest naprawdę pięknie i optymistycznie. Niestety, w tym właśnie momencie dopada mnie kryzys, oczy się zamykają i muszę mocno się koncentrować, żeby nie stracić z oczu Kamili. Krzepię się cukrem, kola i chałwowy baton dają kopa i jakoś odżywam… W drodze na Zajęczą Górę (pk1) doganiamy Bartka. Punktu poszukujemy wspólnie. Pierwsze namierzenie się jest błędne, drugie, od skraju lasu, precyzyjne, przecinką wyprowadzającą prosto na punkt (nie pierwszy zresztą nieosiągalny rowerem).

Bartek początkowo chce wracać Człopy. Ale w pobliżu bazy kusi jeszcze jeden punkt (pk17). Punkt przez niektórych byłby nie do przyjęcia na imprezie rowerowej. Kawał lasu, jakiś kilometr na dwa, nieskalany ścieżkami (na mapie), pośród tego punkt, królujący na najwyższej górce. Niestety to nasza ostatnia szansa na zdobycz. Punkt atakujemy nie najmądrzej, przedzierając się przez pole i gęsty las. Jest w tym resztka determinacji. W poszukiwaniu każdy czesze inną górkę. Fart dopisuje Bartkowi. Do Człopy wracamy polami, słońce wznosi się wysoko na niebie. Piasek oślepia, po chwili przestaję cokolwiek widzieć. Ludzie w wiosce patrzą jak zalewam się łzami, a ja nie mogę nic zrobić.

Mamy po 11 punktów. Bartek, choć pojechał po swojemu, ma w efekcie tyle, co my. Wracamy razem, kończymy na wspólnym 11. miejscu. Mam na liczniku 230 km, co jest moim nowym rekordem dobowym, a biorąc pod uwagę ilość piachu i górek po drodze jestem zadowolona. Wynik oczywiście mógłby być lepszy (zawsze tak się mówi), ale kilkukrotne długie poszukiwania punktów wniwecz obróciły ambitniejszy plan.

Autor: Ula

ula

---

Skomentuj

  1. no fajna impreza,
    ale co trzeba zrobić żeby wziąć udział w takim rajdzie?
    Gdzie można przeczytać na temat terminów następnych takich imprez?
    Jakim sprzętem należy dysponować żeby zostać zawodnikiem?
    Będę wdzieczny za jakąś odpowiedź

    Pozdrawiam
    Michał Łączkowski
    Zawiercie

    — laczek · wrz 17, 17:54 · #

  2. cześć, najwięcej informacji znajdziesz na napieraj.pl – to serwis o rajdach przygodowych, ale sporo tam info również o długodystansowych imprezach na orientację. Jeśli chodzi o puchar pieszy to tutaj:
    http://pmno.pl/
    oraz rowerowy – z kalendarzem imprez:
    http://maratony.home.pl/ppm/

    Mam nadzieję, że te informacje okażą się przydatne. Co do Twoich pytań – każda impreza ma własny regulamin, wszystkie sąotwarte dla osób pełnoletnich, co do niepełnoletnich – ich uczestnictwo precyzuje regulamin każdej z imprez.

    Pozdrawiam! Ula

    — Ula · wrz 24, 00:25 · #

 
---