Moje dylematy bardzo szybko rozwiał Andrzej Krochmal: na trasę ekstremalną w ostatniej chwili zapisali się Michał i Igor z Teamu 360°. Ta informacja od razu sprowadziła nas na ziemię, w najlepszym przypadku będziemy próbowali dogonić mocarzy z 360°.
Po kolana w czarnej brei, jedną ręką próbowałem popychać rower grzęznący w wodorostach, a drugą oganiałem się od plagi komarów. Trasę do pierwszego punktu na odcinku rowerowym znowu przeciął nam rów. Adam wykonał dwa odważne kroki i zapadł się po pas w wodzie, podałem mu rękę i pomogłem odzyskać rower. Przecież to niemożliwe, żeby optymalny najazd na punkt prowadził takim terenem. Pół godziny później, oblepieni wodorostami, upaćkani błotem i poparzeni pokrzywami uciekaliśmy jak niepyszni z ciężko wywalczonym punktem A. Naszej goryczy dopełnił widok Uli i Bartka, którzy bezboleśnie i na sucho odhaczyli ten sam punkt, nadrabiając stratę i wyprzedzając nas bez wysiłku.
Legendarne kajaki na DyMnie – ortofotomapa z punktami zaznaczonymi wszędzie, tylko nie w pobliżu wody. Kolejne wprawnie namierzamy w gęstwinie roślinności wodnej, jak dotąd tylko raz musiałem wysiąść z kajaka i co najważniejsze – spotkaliśmy chłopaków z 360°! Ufni w swoje umiejętności nawigacyjne, zamiast dopłynąć postanawiamy ściąć do kolejnego punktu ciągnąc kajak po łące. Mapa? Bez przesady, leży na dnie kajaka, przecież doskonale wiemy, na którym krzaku znajdziemy lampion. Rozmawiamy o naszych szansach na pudło, śmiejemy się z jakiejś ekipy, która biega w tę i z powrotem pół kilometra dalej. Nawet gdy widzimy Michała z Igorem przebijających się wąskim kanałem, nie tracimy swojej pewności.
Minęło już ponad 40 minut, odkąd przeczesujemy te „pewne krzaki”. Co do cholery, bobry go zdjęły?
W końcu czerwoni bardziej ze wstydu niż od słońca zrozumieliśmy swój błąd i wróciliśmy się kilkaset metrów do felernego punktu. Okazał się jednym z najprostszych…
Cisnę na szutrówce prowadzącej do ostatniego rowerowego punktu – jesteśmy kilka kilometrów od Kuligowa. Nagle trzask i spod mojego tyłka sypią się na ziemie metalowe części, jednocześnie gubię siodełko. Od kilku tygodni zastanawiałem się nad pochodzeniem niepokojących trzasków wydawanych przez mój rower. Nie pomogły wizyty u mechanika, wymiana sterów i wkładu suportu. Teraz osiągnąłem błogi spokój, pozbyłem się dręczących moją podświadomość lęków. Nieomal unoszę się nad ziemią w pozycji lotosu. Pękła śrubka sztycy podsiodłowej – swoim pęknięciem wprawiła mnie w stan porównywalny z nirwaną osiąganą przy medytacji.
Jedziesz dalej, czy się wycofujemy? – dobrze, że Adam czuwa nad moimi odmiennymi stanami świadomości.
Oczywiście, że jadę! Przecież cały czas gonimy 360°.
Nagle czuję się jak balon, z którego ktoś brutalnie spuścił powietrze. Wybiegając na ostatnie BNO mijamy w bramie finiszujących Michała i Igora. Czapki z głów panowie – chłopaki odsadzili nas na dobre dwie godziny! Ulga, teraz już nie musimy patrzeć na plecy rywali, za to sami zaczynamy odczuwać oddech konkurencji – gonią nas Darek i Łukasz z iHaHa Adventure Express.
Ostatecznie daliśmy radę, iHaHa wpadło na metę pięć minut po nas.
Gratulacje dla tych których goniliśmy i którzy nas gonili, a przede wszystkim gratulacje dla Andrzeja, Leszka i Bartka za inteligentne (złośliwe) rozstawienie punktów.
Autor: Marcin
Zdjęcia: Piotr Siliniewicz


