W głosie Bartka słyszałam entuzjazm do ścigania się. Być może miało się spełnić marzenie o tym, by tym razem nie wylądować na końcu stawki, jak to się stało rok temu. Do bazy udaliśmy się z Marcinem strategicznie wcześnie, tak że była jeszcze nieczynna. Bartek przyjechał natomiast o świcie, tuż przed startem, wyrywając mnie z błogiego snu w świat rzeczywisty.
Rowerzyści i biegacze, którzy mieli spać odpowiednio godzinę i dwie godziny dłużej, zalegali jeszcze po kątach sali gimnastycznej, gdy my już ustawialiśmy się w rządku na reprezentacyjnym placu Nieporętu, uzbrojeni jedynie w numery startowe i butelki z wodą. Za przykładem konkurencji postanowiliśmy lecieć pierwsze BnO na lekko.
Mapa w garść i już pada sygnał startu, a my biegniemy równym tempem w stronę puszczy, która otacza miasteczko. Punkty nie są trudne, ale jak to na klasyku – urwać się nie sposób. Koło nas truchtają pozostałe miksy, czasem to my nadajemy tempo, innym razem kogoś gonimy. Felerny jest dopiero ostatni punkt, koło paskudnych rowów, w których mieszkania urządziły sobie bobry! W odwecie wykorzystujemy ich tamę, żeby przejść na drugą stronę, ale pełne zanurzenie jest tylko kwestią czasu… Do bazy biegniemy, widząc hen przed sobą jakże frustrujący widok kolorowych koszulek konkurencji!
Rowery idą nam w miarę, na pierwszym punkcie, który atakujemy lądowo spotykamy aż dwie ekipy, które wybrały pływanie. Wbrew pozorom jednak nawigacja nie jest trudna, tylko piachu dużo, a na łąkach czarne błoto. Przepis na utytłanie się jest prosty – najpierw błoto, potem piach. Działa niezawodnie. Mój napęd strajkuje, więc tempo mamy wycieczkowe, jednak stale posuwamy się do przodu. Zaliczamy 4 z 7 punktów tego etapu, który jest tak ciekawie pomyślany, że resztę mamy zrobić później, wracając. Jak podejrzewamy, będzie to już po ciemku.
W Kuligowie, letniskowej miejscowości nad Bugiem, czeka nas rodzynek całego rajdu, czyli etap kajakowy. Po zeszłorocznych kajakach myślałam, że nic już nas nie zaskoczy – wtedy pływaliśmy po samym Bugu i było tego ze 20 km. Tym razem miało być tylko 7 km, w dodatku po jakiś starorzeczach, phi, co to dla nas.
Wkrótce jednak okazało się, jak bardzo nie doceniliśmy pomysłowości Leszka, który trasę ułożył. Na początku trudno było się wczuć w skalę ortofotomapy (czyli obrazu satelitarnego), z którą mieliśmy pływać. Pierwszy punkt ukryty był w krzaku jałowca, pewnie przed krowami, gdyż dało się do niego dokłusować suchym kopytem. Przy okazji drapieżne nadbużańskie krowy łakomie oblizały porzucone przez nas wiosła. Im dalej płynęliśmy, tym było mokrzej, trzcinniej i ogólnie fajniej. Zewsząd otaczała nas dzika, wybujała przyroda, a starorzecze wiło się miejscami tak, że prawie wywaliło nam kajak. Kilka razy utknęliśmy w zaroślach. Przenosek nie robiliśmy wiele, a etap skończyliśmy w miarę przyzwoicie i jako pierwszy miks. To nas bardzo ucieszyło, jednak bycie w czubie ma ten feler, że nigdy nie wiadomo, ile minut tej przewagi się ma.
Zanim ruszyliśmy dalej w rowerową walkę z pustynnymi piachami, zaliczyliśmy jeszcze zadanie specjalne. C jak ciżmy, L jak landara, P jak patyki, D jak dym i tak dalej. Biegając jak szaleni po urokliwym muzeum musieliśmy uważać, żeby nie rozdeptać młodej pary, ich fotografa i innych zwiedzających. Poszło nam całkiem sprawnie, a nawet, nie chwaląc się, najsprawniej, za co zostaliśmy już na mecie obdarowani gigantycznym drewnianym niezbędnikiem i fantastycznymi albumami fotograficznymi o Bugu. Dziękujemy!
Perspektywa roweru po kajakach była całkiem przyjemna. Tylko piach odbierał nieco uroku tej konkurencji. Po drodze spotkaliśmy znajomych kolarzy, którzy walczyli na swojej trasie. Spotkaliśmy też konkurencję. Zaliczyliśmy ciekawy odcinek specjalny (znów ortofotomapa), na którym przyświecał nam fart do kwadratu. Kiedy na chwilę z niego zjechaliśmy i próbowaliśmy z powrotem wrócić, wstrzeliło nas prościutko na ostatni brakujący nam punkt! Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, gdy znów ujrzeliśmy Kuligowski skansen.
Przed nami była tak naprawdę końcówka, przynajmniej tak to odczuwaliśmy. No bo co to jest – zaledwie trzy punkty rowerowe i krótkie BnO. Fart jednak zaczął nas opuszczać. Najpierw Bartek zapadł na kłopoty żołądkowe. Na szczęście w bidonie miałam colę, a w apteczce laremid. Na jakiś czas pomogło. Potem dała nam popalić nawigacja na punkcie B, który robiliśmy już po ciemku. Skończyło się na tym, że nie znalazłszy płotu poligonu po prostu wróciliśmy do Białobrzegów i pojechaliśmy zupełnie naokoło. Ten drugi wariant okazał się błyskawiczny i w niedługim czasie już przebieraliśmy się w bazie w biegowe ciuchy (Adam i Marcin już siedzieli na mecie).
Ostatnie BnO poszło bez większych przygód, gładko jak po maśle. Nie biegaliśmy, za to szliśmy naprawdę szybko. Niecały kilometr przed metą Bartka znów dopadła choroba, jednak udało się skończyć. Przewagę utrzymaliśmy i zostaliśmy obsypani deszczem podarunków od rozmaitych sponsorów ;)
Dziękujemy za przednią zabawę!
Autor: Ula
Zdjęcia: Piotr Siliniewicz, Bartek Niezgódka
Strona zawodów



Też miałem zagwozdkę którą trasę wybrać. Biegowe 50km kusiło. I rowerowe 100km.
A tymczasem trzymam kciuki za Marcina i Grześka na Rzeźniku.
— BartekJ · cze 4, 12:12 · #