WAYPOINTRACE - PO RAZ TRZECI

maj 23, 22:17

Mapa, kompas, rower, towarzystwo Sahiba i zapas ciastek – najlepszy przepis na udaną majową sobotę!

Na starcie Waypointrace stanęłam po raz trzeci, i jak zawsze wybrałam najdłuższą trasę czyli PRO. Wyścig przygotowany został profesjonalnie, na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że organizują go rowerzyści dla rowerzystów. Mapa, trasa, punkty, catering, myjka do rowerów, prysznice, mnóstwo nagród, start honorowy, szeroki wjazd na metę. Nic też dziwnego, że został w tym roku zaliczony do Pucharu Polski w Maratonach Rowerowych na Orientację, powoli przeradzając się z lokalnego, mało znanego wyścigu w imprezę o naprawdę zaciętej rywalizacji i mocnej stawce.* Z powodu zaliczenia do Pucharu dystans wydłużono do 100 km po optymalnym wariancie. Nie liczyłam jednak na to, że uda się zmieścić w tym dystansie, zwykle wychodzi 10-15% więcej. Cel Marcina „Sahiba” i mój był prosty – zaliczyć całą trasę PRO i zmieścić się w wyśrubowanym limicie czasu, który wynosił 6,5 godziny. Moim zadaniem była nawigacja, Sahib nadawał tempo.

Tym razem oszczędzę Czytelnikom dokładnych opisów naszych poczynań. Kto ciekaw, to podam kolejność zaliczania przez nas punktów (która początkowo miała być nieco inna, ale taka okazała się korzystna ze względu na większą ilość asfaltowych dróg): 12-11-6-5-10-9-8-7-4-3-1-2. Nie było większych wpadek nawigacyjnych, żadnych awarii, słowem przygód wartych dłuższego opisu.

Dlaczego nie chce mi się opisywać trasy? Wcale nie dlatego, że była brzydka czy nudna. Wręcz przeciwnie. Bardzo lubię te nasze podwarszawskie okolice, tu najczęściej trenujemy, czasem nawet zapuszczamy się w okolice Pruszkowa. Pola, sady, rzeczki, lasy bądź piaszczyste, bądź błotniste, nieużytki, stare parki i dwory, tereny składowe – typowy podmiejski miks. Jednak tempo było tym razem takie, przynajmniej dla mnie, że nie starczyło czasu na podziwianie widoków ani zachwyt nad przyrodą. Nieraz zazdrościłam zawodnikom z trasy FAN, których trasa była o połowę krótsza, a limit czasu – ten sam. Niektórzy na punktach spożywali makaron z pudełek, opalali się i robili zdjęcia. Nie dla nas, niestety, była ta piknikowa aura!

Od początku wiedzieliśmy, że dla nas (a właściwie dla mnie, bo Sahib mógłby jechać znacznie szybciej) to trasa na styk, że musimy cisnąć na maksa, bez odpoczynku i bez błędów w nawigacji, bo może się okazać, że pod koniec decydować o sukcesie będą zaledwie minuty. Później okazało się, że intuicja nas nie zawiodła.

Pierwsze przeloty były bardzo długie, w palącym słońcu i dusznym powietrzu, które zapowiadało burzę. Z Pruszkowa wyjechaliśmy za Danielem „Wigorem”, który wkrótce z całą czołówką odjechał w siną dal i nie było więcej okazji do spotkań na trasie. Jednak cieszyło nas to, że przez kilka kilometrów daliśmy radę utrzymać jego tempo.

Po wyjechaniu z miasta nawigacja była prosta. Trudność w interpretacji mapy sprawiały tylko kategorie dróg, a konkretnie drogi zaznaczone podwójną linią, ale bez żółtego wypełnienia. Nigdy nie było wiadomo, czy trafi się asfalt, dobrze utrzymany szuter, czy po prostu szeroka piaszczysta droga z kałużami po pachy. Niekiedy leśne drogi niższej kategorii okazywały się rzecz jasna lepsze i szybsze. Miałam też początkowo problemy z określaniem odległości, może to moja głowa nie pracowała zbyt dobrze w upale, bo niewiele piliśmy – nie było na to czasu.

Pożywiając się w locie sezamkami (Sahib) i owsianymi ciastkami (ja) dojechaliśmy na przeciwległy koniec mapy, skąd trzeba było wrócić. Przy okazji muszę przyznać, że owsiane ciastka są na rowerze lepsze niż jakiekolwiek batony i żele. Regularne ich spożywanie zabija uczucie głodu, a noga podaje cały czas. Odkryłam to niedawno na Adventure Trophy. Bardzo dobra była też marchewka, którą poczęstował mnie pewien zawodnik na pk 6 – dziękuję! Prawdę mówiąc, wysępiłam tę marchewkę, a Sahib się wstydził za moje zwyczaje. Strategicznie na koniec zostawiliśmy sobie tereny choć nieco nam znane – Lasy Młochowskie i okolice Nadarzyna. Przed nami wisiały groźne chmury, ale nie zważaliśmy na to. Gdy do mety zostały nam tylko dwa ostatnie punkty, w niebie rozpętało się piekło, a na ziemię lunęły strugi wody jak z gigantycznego cebra.

Po chwili przestaliśmy cokolwiek widzieć, bo woda zmieszana z potem zalewała nam oczy, a okulary parowały. Mimo to udało się bezbłędnie, jak po sznurku dojechać na pk 2. Zostało nam tylko 13 minut do końca limitu! Między nami a metą był kawałek lasu oraz Komorowskie i Pruszkowskie osiedla, pocięte setkami małych uliczek, idących we wszystkich kierunkach. Połapać się w tym nie sposób! Mój stres jako nawigatora osiągnął w tej chwili apogeum. Poprowadziłam po prostu na północ, udając, że wiem dobrze, gdzie jesteśmy, tak żeby w końcu przeciąć drogę z Pęcic. Kiedy zobaczyłam przed sobą trójkątny znak „ustąp pierwszeństwa” i tabliczkę „ul. Pęcicka” zrozumiałam, że jesteśmy tuż, tuż! Udało się!

Cięgle jednak bałam się zapytać Sahiba o godzinę – tylko on miał zegarek. Wydawało mi się, że od ostatniego punktu minęły wieki, że przekroczyliśmy limit i cały wysiłek na nic. Okazało się jednak, że po skręcie w uliczkę prowadzącą do mety przy torze kolarskim mamy jeszcze dwie minuty zapasu! To dodało nam skrzydeł, tuż po chwili oddaliśmy lekko rozmiękłe (to już tradycja) karty sędziom i okazało się, że jako jedyna spośród zawodniczek zdobyłam wszystkie waypointy, wygrywając po raz trzeci Waypointrace.

Sahib był w miarę zadowolony. Określił imprezę jako „przyjemny trening”, a tempo jako „wycieczkowe” ;) Nie wygrał niczego w tomboli, ale za to skorzystał z pysznego cateringu i żałował tylko, że nie daje rady wciągnąć trzeciej porcji. Szczęście i dobra forma sprzyjały również naszym koleżankom Monice i Ewie, które obstawiły trasę FAN i wygrały ją ex aequo. Monika wygrała tę trasę po raz drugi, dla Ewy był to debiut w imprezie rowerowej. Gratulacje, wielkie brawa!

* W 2008 roku trasę PRO można było zaliczyć przejeżdżając około 70 km, w zeszłym roku wyszło równo 100. W tym roku licznik pokazał 120 km.

Autor: Ula
Zdjęcie pochodzi z galerii organizatorów WPR#

ula

---

Skomentuj

  1. Najlepszy przepis na zaliczenie Waypointrace i spędzenie przygodowo weekendu: wystartować w towarzystwie Uli w Pruszkowie. Zamiast kompasu, polecam zabrać kilka paczek sezamków do kieszeni :)
    Mocny finisz gwarantowany.

    — sahib · maj 23, 22:49 · #

  2. Gratulacje jeszcze raz!

    Mamy nadzieję, że będziesz bronić tytułu w przyszłym roku. Ja ze swojej strony obiecuję, że dystansu już nie zwiększę ;)

    Adam · maj 23, 23:55 · #

  3. Hej Adam, dzięki! Pewnie, że chciałabym przyjechać znowu. Co do dystansu – nie jest on żadnym problemem. Problemem jest tylko limit – gdyby był ciut dłuższy, to długość trasy nie zaskoczyłaby nikogo gdzieś “na końcu mapy”. Można pomyśleć o waypointach z różną wyceną wagową, tak by najdalsze były najdroższe (jak na Harpaganie). Wtedy nie byłoby żal odpuszczać bliższych punktów, np. jak przy powrocie brakuje już czasu. A zawodnicy FAN mogli by mieć większą zagwozdkę – co brać.

    — Ula · maj 24, 12:37 · #

  4. szacunek ;)

    — robbi · maj 24, 23:35 · #

  5. Ula, Ty to jednak cyborg jesteś ale w pięknym kobiecym ciele ;-)

    Serdecznie Ci gratuluję

    — BoB · maj 25, 02:04 · #

  6. hej chłopaki, czerwienię się ;)
    po prostu jechaliśmy, bez przystanków ;)

    ja bym chciała jeździć tak szybko, jak Wy! wtedy mogłabym na punktach nawet zatrzymać się, pojeść sobie…

    — Ula · maj 25, 12:53 · #

 
---