W zeszłym roku trafiłam do Stalowej Woli przez przypadek. Marcin jechał na trasę 100 km, a ja pojechałam towarzysko, żeby przejść trasę krótką – 30 km. Impreza była kameralna i udana pod każdym względem. Napisaliśmy o niej tutaj.
Tym razem na wspólny start umówiłam się z Grześkiem Łuczko „Kuertim”, z którym miałam już przyjemność startować na Nocnej Masakrze i na AST. Biegacz z niego zupełnie z innej półki niż ja, nie jakiś niedzielny truchtacz, tylko prawdziwy ultra. Do samego startu próbuję się wykręcić z tej biegowej spółki i chytrze kuszę go możliwością samotnej walki o podium. Trudno mi jednak trafić do jego ambicji – zawziął się na mnie i stwierdził, że pokaże mi, jak się biega, sadysta jeden! ;)
Biegowa forma wzrasta nam nieustannie już od środy, kiedy to Grześ zawitał do naszej skromnej wioski. A to przebiegamy się szybkim tempem do sąsiedniej wioski Ursynów (w gości), a to idziemy na ściankę i zamiast się wspinać oddajemy się swobodnej grze we flexi-badmintona*, a to zarywamy nockę w sympatycznym gronie, degustując nowe potrawy i nie tylko. W efekcie, jadąc do bazy rajdu w Ulanowie, ledwo powłóczę nogami i czuję się, jakby mnie ktoś obił, a Grzesiek uskarża się na dziwne bóle pleców i innych części ciała. Po drodze zwiedzamy Sandomierz, wykonując na rynku serię pseudo-skipów i pseudo-wieloskoków wraz z odgłosami paszczowymi, w towarzystwie Pawła Pakuły, poważnego zazwyczaj człowieka, który jednak za naszym przykładem również oddaje się nieskrępowanej rozgrzewce.
Na rozgrzewkę czas bowiem najwyższy, gdyż Paweł startuje na trasę 100 km o północy. Tuż przed startem do bazy wpada Czarny Koń RDS-u, zeszłoroczny zwycięzca, Maciek Więcek. Nie zabrakło też Michała Jędroszkowiaka i Marcina Krasuskiego. Rywalizacja zapowiada się niezwykle ciekawie, zwłaszcza że Maciek przyjechał chory (co, jak się później okazało, wzbudziło w nim jeszcze większą zawziętość). Setkowicze ruszają w czeluść nocy, „porzucając betonowy sarkofag miasta Ulanów”, a my, zamiast grzecznie pójść spać, ciągle jeszcze gramy we flexi-pingponga** i gadamy. Całe szczęście, że pozycje zawodników nie wyświetlają się na żywo na jakimś wielkim telebimie – wtedy chyba w ogóle nie poszli byśmy spać!
Kameralność imprezy, pomimo dużej liczby zawodników, udało się zachować. Rozwój imprezy jest jednak widoczny. Biuro zawodów składa się w tym roku już nie z jednej, ale chyba z pięciu połączonych ze sobą szkolnych ławek, a w olbrzymich kartonowych pudłach ukryte są liczne fanty, które można wygrać. Hubert Puka, organizator, jak rok temu dogląda wszystkiego osobiście, nie śpi, żeby wszystko dopiąć na przysłowiowy ostatni guzik, a nocą ugania się za zawodnikami po wioskach, polując na nich z obiektywem.
W końcu budzi nas sobotni, startowy poranek i zabawę czas zacząć. Tradycyjnie w ostatniej chwili dobieram sobie strój (powietrze na zewnątrz tak ciepłe, że aż parzy) i zastanawiam się nad butami, jednocześnie analizując trasę, która wydaje się prosta nawigacyjnie, a jednocześnie masakrująca stopy – 10 km po torach kolejowych! Tymczasem licznie przybyłe grono napieraczy już opuszcza bazę, by udać się na Ulanowski rynek, miejsce startu. W przeciwieństwie do zeszłego roku, trasa 30 km nie jest tylko skromnym dodatkiem do setki. Nie, tym razem zawodników krótkiej trasy stawia się więcej niż na 100 km, w tym kilka kobiet, a nawet dwa sympatyczne psiaki.
Przychodzimy tuż przed startem, dzięki temu nie ma czasu na niepotrzebny stres, ale też nie udaje mi się dobrze zawiązać butów. Kiedyś w końcu opanuję tę sztukę! Kiedy pada sygnał startu, rzucamy się w stronę PK1 prostym asfaltowym przelotem. Czołówka wyrwała do przodu, przed nami daleko widzę plecy Kasi Grozy, mocnej konkurentki. Grzesiek podbiega do mnie i pyta, czy to jest to moje wolne tempo. Faktycznie, przebieram nogami jak na przebieżkach na bieżni, aż jest mi niedobrze. Wkrótce skręcamy przez krzaki na przełaj do punktu nad urokliwym, dość wezbranym potoczkiem. Wypatrzyłam jednak, że są miejsca, gdzie można go przeskoczyć i autorskim wariantem ścinamy kawałek lasu.
Potem są drogi, dużo dróg. Jakieś asfalty, zalodzone oddziałówki, pola z chlupoczącą wodą. Udaje nam się wyprzedzić Kasię, która jednak nie odpuszcza, trzymając się w pewnej odległości za nami. Przebiegając przez wioskę spostrzegam w rowie pierwsze kwiaty – żółte podbiały. W kałużach wesoło taplają się kaczki i przygrzewa ostre wiosenne słońce. Za chwilę odkrywamy jednak, że w lesie jeszcze panoszy się Pani Zima! Drogi pokrywa śnieg, który roztapia się tworząc okazałe, lodowate bajora. Co rusz woda w butach ulega wymianie na świeżą. Taplając się docieramy do torów, a tam niespodzianka – okazuje się, że dogoniliśmy czołówkę (m. in. Tomka Koguciuka i Darka Szydłaka – zwycięzców krótkiego RDS rok temu). Z kolei Kasia została gdzieś z tyłu. Do ambony docieramy jako pierwsi, cały czas biegnąc. W nogach mamy już ponad 10 km (piszę „już”, bo dla mnie 10 km to dużo). Przed nami najgorszy przelot – tory, ostre kamulce kolejowej podsypki, masaż dla rozmoczonych w lesie stóp. Na tym odcinku znów bez problemu wyprzedzają nas szybcy biegacze.
Wszyscy razem spotykamy się dopiero pod wiaduktem, szukając lampionu. Punkt oczywisty, którego ominąć nie sposób – skrzyżowanie krajówki i torów. Jednak punktu nie ma! Telefon do Huberta, a ten każe nam szukać punktu w krzakach. „Ładne kwiatki” – myślę sobie. Siedem osób, krzaki wkoło, czeszemy, a punktu ani widu, ani słychu. Kolejny telefon – mówię Hiubiemu, że punktu nie ma i lecimy dalej. I znów drogi, tory, bieganie. Przez to, że przeloty są proste, a warianty oczywiste, nie sposób się urwać, ani nikogo wyprzedzić. Jak na dłoni widać, kto i jak szybko biegnie. Jakieś nasypy, kłujące akacje, przez które raz muszę się przeczołgać, i znów tory! Przed nami granatowa bluza Darka i czerwona bluza Tomka. Bieg robił się coraz bardziej szalony, bo tempo prawie nie spada. W końcu zatrzymuje nas potoczek – punkt jest na drzewie po drugiej stronie. Grzesiek zasuwa do mostka, a ja z ciekawością przypatruję się biegaczowi, który obok przechodzi wpław. Woda sięga mu tylko do kolan, więc z przyjemnością idę w jego ślady, by ochłodzić rozgrzane biegiem stopy i łydki, i jednocześnie z Grześkiem stajemy na punkcie.
Biegacz, który tak odważnie rzucił się do wody to Jakub Fajfer, w oliwkowej bluzie, dobrze zamaskowany na długich przelotach przez pola, jednak od tego momentu cały czas wypatrujemy go za nami. Zaczyna działać przyciąganie mety. Sprytnie lawirujemy przez młodniki, w których śledzi nas Kuba, nie odpuszczając aż do miejscowości Przędzel. Szybko przelatujemy przez wieś i wypadamy na pola. Tu zaczyna się mój kryzys. Tempo spada, chce mi się pić, wiatr dodatkowo wysusza. W oddali widać już Ulanów po drugiej stronie Sanu, jednak mam wrażenie, że stoimy w miejscu, a miasteczko, niczym fatamorgana, ani się nie przybliża, ani nie oddala (to że się nie oddala, to akurat dobrze). Ostatnie kilka kilometrów, Grzesiek trzyma się cały czas przede mną, a mi zaczyna brakować sił! Oglądam się do tyłu, szukając motywacji w postaci pościgu. Wspomniałam już, że Kuba ma strategicznie oliwkową bluzę, przez co niełatwo go dojrzeć ;)
Przedostatni punkt przy drodze, ładny most z żółtymi sztachetkami, tu zaczyna się finisz przez miasteczko, lecimy ulicami przez Ulanów, ludzie patrzą się dziwnie, a my co jakiś czas oglądamy się za siebie. I pomimo tego, że oliwkowej bluzy nie widać, zrywamy się do ostatniego sprintu, biegniemy naprawdę szybko, a Grzesiek dodatkowo motywuje mnie mówiąc: „Za chwilę już nie będziesz musiała nigdy nigdzie biec!”. I choć to kłamstwo szyte jest ciut zbyt grubymi nićmi i tak wpadamy na metę 6 minut po Darku, zwycięzcy.
Na mecie kładę się na ławce, piję, leżę, piję i tak w kółko. Czuję się jak zombie po całym tygodniu. Dowiadujemy się o wyniki setki. Kolejne godziny spędzamy wypatrując finiszujących zawodników (z obu tras) i regenerując się przy pomocy miejscowej pizzy Zorba oraz gry we flexi-pingoponga. Na zakończeniu szczerzymy się do obiektywów licznych, spragnionych sensacji paparazzich. To był dobry bieg! 37 km (zamiast formalnych 30 okazało się, że optymalny wariant miał 36,5 km) przebiegliśmy w czasie 4 h i 18 minut. Grześkowi należy się moja wdzięczność za towarzystwo i motywację na trasie. Niemniejsze jednak znaczenie miało doborowe i zawzięte towarzystwo naszej konkurencji, bo gdyby nie ono, to pewnie w połowie położyłabym się na łące, aby poopalać się w gorącym marcowym słoneczku wśród kałuż i żab ;)
Objaśnienia: *flexibadminton (lub fleksibadminon) – dopóki lotka w grze, wszystko może się zdarzyć **flexipingpong (lub fleksipingpong) – podobnież, ale z piłeczką
Autor:
Ula
Zdjęcia:
Bartłomiej Pucko, Ula, Paweł, Grzesiek








No ja Ula wcale taki poważny nie jestem:P chyba mało mnie znasz :)
— Paweł · mar 24, 20:32 · #
Pawle, dlatego napisałam “zazwyczaj” ;)
— Ula · mar 25, 00:46 · #
Ładnie się zaczął rok 2010 dla team’u Kuerti&Krolisek. Po AST, RDS to kolejny sukces w kategorii pieszej orientacji na długich dystansach. Pracowita zima na zasypanej śniegiem bieżni zaczyna procentować u Kroliska. Dobra motywacja i optymistyczne podejście do wspólnych startów mogą zaowocować sukcesami w zawodach, w których docenia się składy mieszane.
A więc czekam niecierpliwie na Wasz występ na Odysei, i szkoda że nie zdecydowaliście się na wspólne napieranie na Wertepach.
— sahib · mar 26, 13:18 · #
musiałbyś nas sklonować ;)
— Ula · mar 26, 16:48 · #