Na prawo od Kantu Filara

lut 27, 20:45

Szum kropli miarowo bębniących o dach rozleniwia i kusi, by ukraść jeszcze trochę snu, przecież i tak nie pójdziemy się dzisiaj wspinać… Przeczytajcie dotąd nie publikowaną relację Sahiba z wrześniowej wspinaczki na Mnicha!

Szum kropli miarowo bębniących o dach rozleniwia i kusi, by ukraść jeszcze trochę snu, przecież i tak nie pójdziemy się dzisiaj wspinać. Słyszę przejeżdżający obok nas samochód pędzący nie wiadomo po co w stronę Morskiego Oka. Próbuję przewrócić się na bok na wygodnym skórzanym siedzeniu Damiana samochodu, czuję ostry ból przeszywający moje biodro. Przed oczami pojawiają się urywane sceny z wczorajszej wspinaczki na Mnicha, niczym z filmów Herzoga.

Tym razem jadąc na weekendowe wspinanie w Tatrach nie sprawdziliśmy dokładnie pogody. Szkoda, być może nie bylibyśmy teraz zdziwieni, widząc jak chmury pożerają powoli otaczające Morskie Oko szczyty. Mamy świetną wymówkę do krótkiej drzemki na werandzie schroniska. Na powierzchni jeziora pojawiają się charakterystyczne kręgi od padających kropel.

A jednak będziemy się dzisiaj wspinać! Po szaleńczej gonitwie w stronę północnej ściany Mnicha stoimy teraz u jej podnóża, próbując dopasować znikający we mgle zarys ściany do jej obrazu na kartce z przewodnika Głazka. Nie do końca przekonani gdzie jesteśmy, podejmujemy desperacką decyzję, co do miejsca naszej wspinaczki. Być może nie będzie to Kant Filara Północnej Ściany Mnicha, ale jakiś zespół właśnie wspina się tą drogą, więc czemu nie my?

Z pozoru łatwa ściana wstrzymała na dłuższy czas Damiana. Od kilkunastu minut próbuje on przetrawersować ledwie kilka metrów połogiej płyty. Mgła przesłania mi jego wysiłki. Po kolejnych kilkunastu minutach w końcu słyszę „Mam auto, możesz iść!”.

Tym razem to ja stoję przed idealnie gładką, pozbawioną rzeźby, granitową płytą zastanawiając się, jak on to przeszedł?! Ręce i nogi na tarcie, czujne ruchy, by nie stracić przyczepności – powoli zbliżam się do łatwiejszego terenu. Uff! Mogę spokojniej odetchnąć.

Tym razem kolej na mnie. Mam stanowczo łatwiejsze zadanie, wspinając się w trójkowo-czwórkowym terenie. Kolejne przeloty, coraz większy opór na linie, i coraz bliżej do szczytu. Jeszcze około 4 metry do wierzchołka, prawie puste szpejarki przy uprzęży i satysfakcja z pokonania ściany. Z tej euforii wyrywa mnie głos Damiana „Zostały dwa metry!”. Tak, dwa metry liny i cztery metry do szczytu. Muszę założyć stanowisko tutaj, gdzie stoję, pomimo że jestem tak blisko wierzchołka. Do dyspozycji mam dwa ostatnie heksy.

Stoimy na kawałku granitowej skały w środku białej chmury. Na widoki ze szczytu nie liczyliśmy, ale i tak jesteśmy szczęśliwi – w końcu wspięliśmy się na Mnicha. Nagle od południa dobiega grzmot pioruna. Nie ma na co czekać, uciekamy stąd! Zakładamy pierwszy zjazd i wycofujemy się do podnóża ściany.

Damian pakuje do plecaka szpej, ja ściągamy końcówkę liny po ostatnim zjeździe. Kropi deszcz, ale wygląda na to, że udało nam się wycofać w ostatniej chwili. Rozmyślam o czekającej nas kolacji w ulubionej knajpie w Zakopanem, gdy kątem oka dostrzegam szybko zbliżający się kształt. Instynktownie puszczam linę, starając się odskoczyć na bok. Całe szczęście niczego nie spodziewający się Damian stoi w bezpiecznym miejscu. W ostatniej chwili kamień odbija się od ściany i rykoszetem leci prosto na mnie. Dostaję uderzenie w biodro. Zwijam się pod wpływem bólu i za chwilę prostuję podnosząc z ziemi winowajcę – kamień wielkości dwóch dłoni.

Schodzimy w ulewnym deszczu do schroniska. Każdy pochłonięty jest swoimi myślami. Dopiero przy piwie w jadalni dzielimy się wrażeniami ze wspinaczki. Mamy problem, powinniśmy w Książce Wyjść wpisać efekt naszej wspinaczki, niestety nie potrafimy określić nazwy drogi. Damian wpisuje: Droga na prawo od Kantu Filara Mnicha.

Ostatecznie w Warszawie po porównaniu kilku schematów Północnej Ściany Mnicha okazało się, że wspinaliśmy się początkowo „Zemstą Wacława”, a potem „Orłowskim”.

Autor: Marcin

ula

---

Skomentuj

 
---