Dzwonię do Bartka z tradycyjnym pytaniem “Co robisz w nocy?”. Parę godzin później błąkamy się po lesie koło Regutu w poszukiwaniu Piotrka (znanego też w różnych kręgach jako Petro lub Spaślak), który zaprosił nas na manewry. Znalezienie go, pomimo średnio precyzyjnych wskazówek, nie nastręcza wielkich problemów – na polanie kłębi się gwarny tłum kursantów z czołówkami i płonie pokaźne ognisko.
Ekipy parami startują na trasę w odstępach co kilka minut. My jesteśmy poza kolejką i poza klasyfikacją, ruszamy po określeniu swojego położenia na wylosowanej mapie, zresztą Petro z Adamem mają podążać naszym śladem. Czeka nas niezbyt długa trasa, jakieś kilkanaście km, takie BnO. Dodatkowym urozmaiceniem dla początkujących nawigatorów jest wyznaczenie jednego z punktów na podstawie azymutów oraz znalezienie dwóch punktów z mapą w dokładniejszej skali. Trzeba też pamiętać, że nie każdy mijany punkt jest nasz – łącznie jest 10 tras i około 70 rozstawionych punktów. W porównaniu z przewodnikami SKPB budowniczowie tras BnO to straszne lenie!
Warunki idealne. Listopadowa noc zaskakuje niezwykłym ciepłem, nie pada deszcz, nie wieje, tylko gdzieniegdzie na leśnych drogach na przeszkodzie staje nam błotnista breja, którą początkowo, dopóki mamy sucho w butach, omijamy. Pomimo że mapa nie jest zbyt aktualna (to stara topograficzna “dwudziestka piątka”), udaje nam się bez większych problemów stosować śmiałe warianty. Nad nami miliony gwiazd, które wydają się na wyciągnięcie ręki, tak przybliża je przejrzyste powietrze. Warto jednak od czasu do czasu patrzeć pod nogi. Nagle wpadam po kostki w miękkie błoto, które zaczyna mnie wciągać… Wyciąga mnie Bartek. Teraz już mogę chodzić po kałużach, żeby umyć buty. Trochę biegamy, jednak bez wielkiego zapału – Bartek rano przebiegł 30 km na Wawerskim Krosie, ja byłam na rowerowej pojeżdżawce.
Tereny są śliczne, choć widzimy je tylko w świetle czołówek i gwiazd, a na jednym z punktów znajdujemy cukierki (!). Gdy docieramy do Ponurzycy, okazuje się, że ostatni punkt przy drewnianej szkole jeszcze nie został rozstawiony. Przeczesujący teren szkoły tracimy jakieś 20 minut… Po telefonie biegniemy więc na południe do czterech pozostałych punktów, a gdy wracamy punkt już wisi, a pod nim mapka z lokalizacją bazy. W bazie dowiadujemy się, że nikt z kursantów jeszcze nie dotarł, ale do końca 5-godzinnego limitu jeszcze sporo czasu. Po spożyciu pysznej herbaty i ciasteczek oraz zajrzeniu do koperty ratunkowej, która bardzo intrygowała Bartka przez całe manewry, jedziemy do domu. Ponurzyca, wbrew nazwie, okazała się wcale nie ponura ;)
Podziękowania dla Piotrka za zaproszenie i ekipy SKPB za ciepłe przyjęcie!
Autor: Ula

Był jeszcze jeden smaczek orientacyjny – na mapie nie było zaznaczonego miejsca startu. To jest niezły hardcore. Gdzieś w środku lasu dostajesz jakąś mapę i dalej kombinuj sam :)
Kojarzę te okolice, tory i droga w SW rogu mapy zdradzały jaki kawałek terenu obejmuje mapa i już było wiadomo, że my jesteśmy gdzieś w NW rogu. Doprecyzowanie, gdzie dokładnie, to już pikuś. Ale jak to zrobili uczestnicy którzy nie znali okolicy, to ja nie mam pojęcia.
— BartekJ · lis 15, 15:27 · #
Uczestnicy przyszli tam za dnia ;) ale jeśli nikt im wcześniej nie powiedział, że mają się bacznie rozglądać, to faktycznie mogli mieć małą zagwozdkę. W końcu my też idąc z Regutu patrzyliśmy co po drodze słychać.
— Ula · lis 15, 18:19 · #
No dobrze, ale co było w tej kopercie? :) .
— Kuerti · lis 15, 18:53 · #
Dobre pytanie ;)
Czego nie było: nie było już więcej cukierków.
Był za to list od organizatora, by trzymać głowę do góry i się nie poddawać oraz kompletnie nieczytelne ratunkowe ksero z mapy turystycznej z podaną lokalizacją bazy ;)
Mimo wszystko wolałabym się trzymać tych 1:25 000.
— Ula · lis 15, 23:42 · #