KASZUBSKA POJEŻDŻAWKA - HARPAGAN '38 W REDZIE

paź 18, 23:43

Impreza o legendarnej nawigacji, złych mapach i niepowtarzalnym klimacie. Tłumy na trasie pieszej, tłumy na rowerowej, pomimo niezłych przymrozków i niedawnych kataklizmów. A pośród tego mój skromny, samotny debiut na rowerze, w którym osiągnęłam ułamkową i mniejszą od połowy wartość „harpagana”.

JAKO SUPORT I NIE SUPORT

Do Redy dojeżdżamy w piątek wieczorem z lekkim obsuwem. Trasa piesza właśnie wystartowała. Maciek (z gorączką) i Tomek (z katarem) – czyli Nieznani Sprawcy – żwawo wyskakują z auta, napełniają camele itd. i ruszają w trasę. Pogoda mroźna, co ma jedną zaletę – przygotowane specjalnie przez ostatni tydzień błoto jest zamarznięte. Ścielę chłopakom karimatki i idę przykręcać miry, sigmy i inne gadżety do mego wysłużonego towarzysza. Czeka mnie jeszcze odstanie swego w dwóch kolejkach po różne niezbędne numery, chipy, a także miłą niespodziankę – koszulkę (tu chłopcy oburzyli się na brak równouprawnienia, bo koszulki dostały tylko rowerzystki). Spotykam starych znajomych i nawiązuję kolejne kontakty.
Nad ranem okazuje się, że nie uniknęłam awarii. Na szczęście to tylko camel puścił wodę i muszę się ratować butelką wsadzoną do plecaka. O 6.30 zaczyna się moja przygoda. Tyle się nasłuchałam o Harpaganie, to przecież kultowa impreza. Jestem bardzo ciekawa, jak będzie z tą słynną nieaktualną mapą i trudnym morenowym terenem. Startuję parę minut po głównej grupie i jako że swoje siły obliczam tylko na część trasy, postanawiam zgarniać przede wszystkim punkty cenne wagowo. Wycena punktów waha się od 1 do 5 i jest dość losowa – zdarzają się punkty położone blisko, ale trudne, i mające dzięki temu 5 punktów wagowych.

ZIMNE ZŁEGO POCZĄTKI

Od jednego z nich – pk19 – postanawiam zacząć. Przelot jest prosty, szosą w stronę Gdyni. Górka nazywa się bardzo fantazyjnie – Długa Góra. Rzeczywiście ma parę kilometrów długości. Mroźny ranek, temperatura na minusie, po chwili dość szybkiej jazdy tracę czucie zarówno w palcach nóg, jak i rąk. Mimo to postanawiam nie rezygnować, pierwszy podjazd trochę rozgrzewa, ale niestety nie palce. Trochę na wyczucie, trochę na azymut przez las, a potem za sznurkiem innych bikerów udaje mi się dojechać na punkt, z którego zjeżdżam ciekawym, naprawdę niebanalnym single-trackiem.

ORZEŁEK CZY RESZKA?

Jako drugi upatrzyłam sobie pk11 położony w lesie koło miejscowości o ładnej nazwie – Reszki (dla dociekliwych – Orzełków w okolicy nie ma). Jadę nadal niezbyt finezyjnie – szosą, drogami. Na trawnikach szron, jest bardzo pięknie, wręcz bajkowo, a dzień zapowiada się pogodny. Niestety wschodzące słońce jeszcze przez jakiś czas tylko symbolizuje ciepło, zanim się trochę rozkręci. Na punkt trafiam kontrolując w miarę precyzyjnie odległości i zerkając na kompas. Bez tego trudno wyobrazić sobie nawigację na tej mapie (1:100 000, bodajże układu GUGiK ‘80). Pewnym ułatwieniem dla rowerzystów jest to, że na dojeździe do punktów można spotkać tych, którzy z punktu wracają – wiadomo wtedy, w którą ścieżkę się wbijać. Niestety nie zawsze sprzyja takie szczęście i czasem trzeba nieźle się nagłówkować. Zresztą do mapy tej można mieć szereg innych zastrzeżeń – oczywiście dolega jej brak aktualności, ale też zbyt duża generalizacja drobnych form rzeźby, wszystkich tych morenowych pagórków, których jest tu bez liku (zwłaszcza w lesie). W porównaniu z “pięćdziesiątką”, którą dostali piechurzy, naprawdę mamy czasem niezłą zagwozdkę! Wiem, wiem, nasłuchałam się od wszystkich, że to tradycja Harpa, i że mapa nie może być za dobra. I że powinnam się cieszyć, że nie jest czarno-biała. Trochę mnie to jednak irytuje momentami.

TUR-DE-FRANS

Nie chce mi się kombinować. Robiąc objazdówkę asfaltami przez Luzino próbuję zaatakować pk12 od północy. Wjeżdżam w las i czego tam nie ma! Są skarpy, porośnięte gęstymi buczkami, jest śliczna rzeczka, zwalone olbrzymie drzewa na środku drogi, oraz oczywiście chrust i jeżyny, przez które przedzieram się w miłym, napotkanym w chruśniaku towarzystwie. Jakiś niezbyt rowerowy nam ten wariant wyszedł. Żeby nie było – próbujemy przez te jeżyny jechać, chłopakom idzie znacznie lepiej niż mnie, zaliczam jedną zwałkę w stertę chrustu. Punkt (ambona) okazuje się na koniec banalny, a nawet prowadzi do niego utwardzona droga…

ZAMULANIE W TĘPCZU

Stosując znów ciekawy wariant po polach jadę samotnie przez pomorskie wioski. Zaczyna się jakiś kryzys, czuję, jak nadchodzi wielkimi krokami. W lesie ratuje mnie spotkanie szybkiego rowerzysty Leszka, co motywuje mnie do włożenia w końcu jakiegoś wysiłku w ten, bądź co bądź, wyścig. Do tej pory było raczej wycieczkowo. Nareszcie tempo troszkę skacze i pod Jelenią Górę (nie, nie, oczywiście nie miasto, aż tak nie przyspieszyliśmy, to tylko taka kaszubska górka) podjeżdżamy w niedługim czasie. Jeszcze wspinaczka po schodach i kolejny pk14 jest nasz. Widok jest piękny, gdyby wspiąć się na wieżę widokową, to można by ujrzeć oba Bożepola i dolinę Łeby. Poprzestajemy jednak na podbiciu punktu, którego szczęśliwie nikt nie umieścił na wieży (pomysł na przyszłość), lecz pod nią.
Potem dzieje się coś niespodziewanego. Zachowując kierunek południowy docieramy do wiosek drogami, których nie ma na mapie, zaliczając po drodze jedną pętlę górską i o mało co nie powodując zderzenia czołowego z ciągnikiem leśnym.
Nurzając się od czasu do czasu w jakiejś kałuży jedziemy prostym wariantem aż do ładnie położonego pk18. Solidny kamienny most kolejowy ginie w koronach drzew, tak jest wysoki. Zbiera się tu niezła grupa. Zdaje się, że zaczynamy spotykać czołówkę, która jedzie w przeciwnym kierunku. A może czołówka jest już bliżej bazy?

ODWRÓT

Czas zaczyna się kurczyć, stąd postanawiam wracać, zaliczając po drodze, co się da. Przelot do pk16 wychodzi mi nie do końca tak, jak go zaplanowałam. Znów leśne drogi sprzed 30 lat musiały trochę zarosnąć, więc stawiam na asfalty. Dojazd na pk16 prowadzi urokliwą trawiastą serpentyną, wspinającą się śmiało na kolejną morenę. Jest tu zasięg i odbieram telefon od Tomka – prosi mnie, bym spróbowała jakoś złapać Maćka, żeby wyjechał po niego, bo chce się wycofać. Maciek chyba śpi – nie odbiera. Dzwonię do Grześka, który podobnie jak Maciek zakończył pieszą trasę po pierwszej pętli. Grzesiek budzi Maćka i jadą na ratunek Tomkowi. W międzyczasie zastanawiam się, czy starczy mi sił na powrót do bazy. Na razie zaciskam zęby. Zaczynają mnie boleć różne rzeczy, a przede mną kawał asfaltu do Redy. Póki co, spotkani na punkcie trzej lokalni rowerzyści z Wejherowa proponują wspólną jazdę na pk8. Dołączamy z jeszcze jednym zawodnikiem i w piątkę zaliczamy między innymi ciekawe odwiedziny w jednym gospodarstwie, przejeżdżając między domem a oborą.
Punkt okazuje się wart zdobycia. Rozpościera się z niego szeroki widok na Strzebielino. Od południa jednak dojazdu na punkt nie ma. Obserwujemy sobie rowerzystów, którzy z tej odległości wyglądają jak mrówki, krążąc to tu, to tam i próbując jakoś przez pola wbić się na naszą górkę na azymut. Ale nam wcale nie do śmiechu. Nas czeka droga w dół! Zaliczając chyba ze trzy płoty w końcu udaje nam się dotrzeć do wsi, tu się rozdzielamy i samotnie ruszam na nudny, prosty przelot krajówką. Na liczniku mam już ponad 120 km, przede mną jeszcze co najmniej 20.

NIE MA CO PŁAKAĆ

Coś dziwnego robi mi się z oczami. Pęd powietrza na asfalcie, pomimo okularów, nie służy im. Nagle czuję się jakby mi ktoś rzucił garść pieprzu prosto w oczy. Kropi deszcz, zalewam się łzami, w końcu nie jestem w stanie jechać, bo nic nie widzę – zajeżdżam na przystanek, gdzie jakiś zdziwiony pasażer zaczyna mi się przyglądać. Jakoś udaje mi się doprowadzić oczy do stanu używalności i postanawiam dużo mrugać. Ciągle mrugając z dużą częstotliwością dojeżdżam do Wejherowa, zwanego po kaszubsku Wejrowò.

CHŁOPCY Z PRZEPISEM

Moim ostatnim celem, zostawionym na deser, miał być pk17, położony już blisko mety, niedaleko szosy, którą jadę.
Po drodze zwiedzam miasto, zaliczając między innymi deptak i jakiś ślub. W końcu wbijam się w las. Pogoda sparszywiała do reszty. Wiem, że tutaj tylko precyzyjna nawigacja może mnie uratować, bo zaczyna się ściemniać. Początkowo idzie nieźle. Patrzę na licznik, patrzę na kompas, kręcę mapą. Po jakimś czasie jednak zupełnie niepotrzebnie idę w las. Tak po prostu, na azymut, prowadząc rower. Hm. Nie był to pomysł z tych najlepszych. Znajduję jakieś przecinki i po chwili w ogóle nie wiem, gdzie jestem. Podobnie jak parę innych spotkanych osób. Zaczyna się zabawne jeżdżenie w kółko. W końcu mam dość, rezygnuję. Po drodze jeszcze spotykam chłopców “z przepisem”, którym ktoś wytłumaczył, jak na punkt trafić – druga w prawo, potem przez błotko, za błotkiem w lewo, itd. Nie daję się namówić. Nadal nie bardzo wiem, gdzie jestem. Na azymut jadę mniej więcej w stronę bazy. Po drodze zaliczam jeszcze wspinaczkę na peron na małej stacyjce. Dość już tego, na koniec tyle przeszkód!

THE END

Na finiszu ścigam się z jednym zawodnikiem, a potem jest już po prostu fajnie. Ten niepowtarzalny luzik w bazie, kiedy się siedzi w ciepełku w mokrych ciuchach i coś tam pogryza, zaśmiewając się ze swoich i cudzych wariantów.
Dziękuję Nieznanym Sprawcom za motywację do wyjazdu na Harpa, a spotkanym rowerzystom na trasie za miłe towarzystwo i moralne wsparcie. Ku własnemu zdziwieniu zaliczyłam aż 28 punktów wagowych (na 60 możliwych).

ps. “Pojeżdżawka” to taka jazda, co miała być strasznie ostra, niczym brzytwa, ale wyszło inaczej…

Autor: Ula

Zdjęcie: Łukasz Muszyński (rwm.org.pl)

ula

---

Skomentuj

  1. He, he, “chłopcy z przepisem” to ja, kumpel i dwóch napotkanych rowerzystów. :-) Szkoda, że odpuściłaś, bo trafiliśmy jak po sznurku, a było bardzo blisko.
    Wracając też zaliczyliśmy peron :-)
    Pozdrawiam
    Piotrek

    — Niewe · paź 19, 10:11 · #

  2. Na Jeleniej Górze już dwa razy był punkt i chyba raz trzeba było wejść na wieżę żeby go podbić więc twój pomysł już został wykorzystany :)

    — Mickey · paź 19, 10:58 · #

  3. Hej, żałuję w takim razie bardzo, te 5 punktów wagowych bardzo by mi się przydało, ale cóż, trudno, następnym razem będę walczyć do końca limitu.
    Wciąganie roweru na ten peron było porównywalne do przeskakiwania przez ogrodzenie na Bike Orient – jakoś zawsze na koniec mam takie atrakcje :)

    — Ula · paź 19, 10:59 · #

  4. Mickey, tak mi się to skojarzyło ze skocznią narciarską, którą Kuerti z Drewniackim zaliczyli na Harzu ;)

    — Ula · paź 19, 11:00 · #

  5. Gratuluję debiutu :) Jak ostatnio byłem na Harpaganie, to mapy były czarnobiałe (a więc już parę lat temu), a ich aktualność szacowaliśmy na mniej więcej lata 60.-70. ubiegłego wieku. “Mięso” latało często i gęsto ;)

    Zapał · paź 19, 11:55 · #

  6. na wieżycę trzeba było kiedyś wejść. ale to jeszcze było za czasów jak nie trzeba było być z rowerem na punkcie ;]

    — mon · paź 19, 17:41 · #

  7. Mam nadzieję, że się nie zniechęciłaś do imprezy i może kiedyś wystąpimy razem ;)

    — Damian · paź 20, 10:49 · #

  8. Paweł, dzięki ;)
    Damianie, to ja powinnam zapytać, czy Ty się do rajdów na orientację nie zniechęciłeś? Pewnie, że chętnie bym pojechała razem, też pytanie!

    — Ula · paź 20, 12:25 · #

  9. jeśli to Ty mi mówiłaś przy PK18, że zabłądzę jadąc od południa na PK14 to ja jestem tym jadącym z przeciwka :) Faktycznie pobłądziłem na PK14 :/
    Gratuluję debiutu na Harpie.

    tomasz · paź 20, 14:36 · #

  10. Chyba rzeczywiście to mogłam być ja ;) O ile wyjechanie z pk14 na południe było dość proste (na azymut aż się dojedzie do otwartego terenu, a dalej już łatwo), o tyle jazda na północ w tej plątaninie nowych dróg musiała być dość trudna orientacyjnie.
    Dopiero teraz patrząc na mapę zaczynam sobie uświadamiać nasz prawdopodobny wariant. Musieliśmy objechać Jelenią Górę łukiem od południa i zjechaliśmy w dolinę mniej więcej tam, gdzie zaczyna sięstrumień, następnie przez górę położoną na SW od Jeleniej Góry dostaliśmy się do utwardzonej drogi, która na mapie jest (tuż koło cyferek 175). To na tej górce zaliczyliśmy nieplanowaną premię górską, o której pisałam. Dalej wszystko już układa mi się zgodnie z terenem. Nareszcie to zrozumiałam.

    — Ula · paź 20, 16:44 · #

  11. udany debiut na harpie :), mam nadzieję że też się w końcu na niego wybiorę

    — Paweł · paź 20, 21:51 · #

  12. Pawle, zdziwiłam się, że nie ma Cię na liście startowej ;) na wiosnę będę namawiać! I Damiana oczywiście też.

    — Ula · paź 21, 00:12 · #

  13. Gratuluję raz jeszcze!!

    — Jacek CB · paź 29, 22:07 · #

  14. Gratuluje. Dięki za zdjęcie. Może byś mi je wysłała?

    — kbyczek · lis 22, 11:41 · #

 
---