Rajd Wisły 2009

sie 19, 11:48

Raz na wozie, raz w nawozie, jak głosi mądrość ludowa ;)

Osiem, a może dziewięć lat temu, jakoś na wiosnę, zadzwonił do mnie Adam z kosmiczną propozycją startu w rajdzie przygodowym z ich drużyną Napieraj.pl. Ktoś im się wykruszył ze składu i pilnie poszukiwali faceta na kilkudniowy rajd przygodowy. Na pytanie, co miałbym robić na tym rajdzie, Adam odpowiedział: napierał z nami. Dla niego było oczywiste, co kryje się pod tym hasłem. Ja nie miałem wtedy o tym pojęcia i instynktownie wycofałem się na bezpieczną pozycję, tłumacząc się brakiem roweru. Po głowie tłukła się myśl, że niewykorzystane okazje mogą nie wrócić.

Tej wiosny skoczyłem na głęboką wodę, biorąc udział w kilku krótkich rajdach przygodowych. Po każdym starcie zbierałem garść cennych dla nowicjusza doświadczeń. Na czas kolejnych zawodów wiązałem się z innymi osobami ucząc się współdziałania w zespole. W jednej z rozmów z Adamem padła niezobowiązująca propozycja wspólnego startu w niesprecyzowanym rajdzie. Adam postawił mi jeden warunek: mieliśmy napierać do końca, a w razie chwil słabości zaciskać zęby i nie odpuszczać. Po takiej zapowiedzi spodziewałem się porcji mocnych doświadczeń rajdowych. Jednak tym razem zyskałem najcenniejsze doświadczenie – umiejętność podjęcia wspólnej decyzji o wycofaniu się z rajdu…

W upalnym słońcu ruszyliśmy ostro z mety na rynku w Wiśle do pierwszego etapu rajdu – biegu na orientację. Świadomie nie zabrałem na ten etap plecaka z camelem, startując bez zbędnego obciążenia. Adam zafundował mi bezkompromisową nawigację po okolicznych górach, wybierając często najkrótsze warianty, nieuwzględniające przebieżności i nastromienia terenu. Na przepaku rowerowym duszkiem wypiłem zawartość bidonu i ruszyłem za znikającym Adamem. Po uporaniu się z dwoma kolejnymi zadaniami linowymi rozpoczęliśmy mozolny podjazd, a właściwie wprowadzanie rowerów na grań graniczną. Na tym etapie straciliśmy do wielu zespołów, więc na zjeździe do kolejnego punktu kontrolnego staraliśmy się nadrobić straty. Gorliwie pedałowałem za oddalającym się Adamem, ale na kamienistym szlaku szybko wyszły na wierzch moje braki techniczne i wylądowałem z rowerem (połączony spd’ami) na ziemi. Teraz już dużo ostrożniej podchodziłem do kolejnych przeszkód na szlaku. Nieuchronnie zbliżał się etap, którego najbardziej się obawiałem – jazda na rolkach w górach. Jeszcze tylko pokonałem karkołomną nadmuchiwaną ściankę wspinaczkową i już zakładaliśmy z Adamem nasze rolki siedząc na poboczu.

Z początku szło nam całkiem nieźle, dopóki nie wjechaliśmy na leśny odcinek asfaltu pokryty błotem i kawałkami kory. Klnąc na głos walczyłem o każdy metr podjazdów, podczas gdy Adam wybrał wariant pieszy tego etapu niosąc na plecach swoje rolki. Wszystko co złe musi mieć swój koniec, asfalt znowu zaczął bardziej przypominać autostradę niż szlak zrywkowy i do tego zamiast piąć się pod górę zaczął lekko opadać. Pomyślałem sobie, że rolki mam już z głowy, ciesząc się, że obeszło się bez poważniejszych wywrotek. Niepostrzeżenie delikatny spadek asfaltu zaczął wzrastać, a ja zacząłem nabierać coraz większej prędkości. Próby zahamowania hamulcem niebezpiecznie zachwiały torem jazdy, instynktownie skręciłem w stronę łąki i wylądowałem na plecach. Zdałem sobie sprawę, jak mizerną technikę reprezentuję na rolkach, ale właśnie dlatego postanowiłem nie odpuszczać i dotrzeć do końca etapu nie zdejmując rolek. Próbując się podnieść poczułem ostry ból przeszywający moją dłoń, w upadku ucierpiał mój nadgarstek. Pojawił się niepokój, jak poradzę sobie na nocnych rowerach, ale zgodnie ze wskazówkami Adama zacisnąłem zęby i pojechałem dalej. Jakiś czas po mnie do końca etapu rolkowego dotarł pieszo Adam. Był zmęczony i potrzebował chwili snu. W tym czasie ja zaopatrzyłem nas w napoje w pobliskim barze.

Przy zachodzącym słońcu ruszyliśmy na etap pieszy. Od dłuższego czasu Adama nękały skurcze w mięśniach nóg i pleców. Miał problemy z utrzymaniem tempa i potrzebował coraz częstszych postoi. W końcu otwarcie powiedział o możliwości wycofania się, gdy będziemy w pobliżu ostatniego przepaku w Trójstyku. Zdawałem sobie sprawę, jak wiele Go kosztowały kolejne pokonywane kilometry, a jednak irracjonalnie liczyłem, że da radę. Szukając w ciemnościach granicznej ścieżki, która miała nas wyprowadzić na punkt dziewiąty, zboczyliśmy w pobliże przepaku. Adam uznał, że to najlepszy moment na wycofanie się z trasy – nie było sensu wpływać na Jego decyzję. Wiedziałem, że jest poparta dużym doświadczeniem rajdowym. Postanowiłem wycofać się razem z Nim. Przed nami było jeszcze kilkanaście kilometrów na rowerach do bazy w Wiśle.

Pomimo, że nie wjeżdżaliśmy przez bramkę, na mecie z gratulacjami i kubkiem ciepłej herbaty czekała na nas Ula z organizatorami rajdu. Rano na śniadanku w barze spotkało się grono zawodników, którym podobnie jak nam nie udało się ukończyć Rajdu Wisły. W czasie rozmów padło stwierdzenie, że to ostatni prawdziwie przygodowy rajd.

Autor: Marcin

ula

---

Skomentuj

 
---