SHERPOWIE W ALPACH

sie 13, 22:20

Krótka relacja z wakacyjnego wypadu w Alpy. Było prawie jak na rajdzie, i to w czwórkowym zespole. Wszystkie dyscypliny szły nam bardzo dobrze, a przepaki to prawdziwy “konik” chłopaków ;)

Podróż w stronę ośnieżonych alpejskich szczytów rozpoczęliśmy tradycyjnie o północy. Wcześniej zapakowaliśmy bagaże i naszą czwórkę do auta w systemie “na sardynkę”. Damian, Michał i Marcin prowadzili na zmianę, a ja ich zabawiałam opowiadając koszałki-opałki oraz puszczając piosenki, z których jedna stała się nieoficjalnym hymnem wyjazdu:
“Komu z głowy cieknie olej, bo ma wielką dziurę w głowie, w której gnieżdżą się sobole…”

Poranek zastał nas już daleko na południu, a wieczorem wbijaliśmy szpilki namiotów na campingu pod włoską wioską Gressoney (1800 m n.p.m.). Na twarzach czuć było rześki powiew od gór, a na stromej łące obok kołysały się kolorowe alpejskie kwiaty.

Porzuciwszy w Gressoney auto i ponad połowę dobytku, ruszyliśmy w górę na Monte Rosę, znanym nam już szlakiem, który wiedzie przez najwyższe partie modrzewiowych lasów, a następnie wyprowadza na spadziste łąki, po których hasają wielkie alpejskie krowy z dzwonami na szyjach i wesoło brykają pogwizdujące świstaki. Pod wieczór osiągnęliśmy małą przełączkę (2900 m n.p.m.) przy górnej granicy łąk i spędziliśmy noc nad wartkim lodowcowym potokiem. Wokół rozciągały się morenowe piargi i wygłady, pojawiły się też pierwsze pola śnieżne. Rankiem odwiedziło nas stado koziorożców i jakby nigdy nic zaczęło się paść, nic sobie nie robiąc z trzech wycelowanych w nie obiektywów.

Piękna pogoda w Alpach to tłumy ludzi na szlakach. Ostre słońce towarzyszyło nam do schroniska Mantova (3500 m n.p.m.), przy którym można się wygodnie rozbić na płaskich platformach wśród kamieni. Następnego dnia w schronisku zostawiliśmy depozyt – przede wszystkim namioty i część jedzenia.

Lodowiec w niższej partii jest gęsto uszczeliniony. Wydeptany szlak często przechodzi po śnieżnych mostach, a przez węższe szczeliny po prostu się skacze. Jeszcze mozolne 500 metrów w górę, przerywane od czasu do czasu zadyszką i osiągnęliśmy plateau pod Piramidą Vincent.

Na jednej z okolicznych skałek – Balmenhornie (4167 m n.p.m.) znajduje się bezobsługowy, malutki schron Giordano, w którym postanowiliśmy spędzić noc. To blaszak składający się z izby z kuchnią, stryszku do spania i przedsionka na buty, policzony na 4-6 osób. Gdy dotarliśmy do niego, okazało się jednak, że w środku siedzi już czwórka Czechów, trzech Hiszpanów i jeden bardzo niezadowolony Włoch. Nieśmiało zapytaliśmy braci Słowian, czy możemy zostać – nie widzieli w tym żadnego problemu, podobnie zresztą weseli Hiszpanie.

Każda kropla wody na lodowcu to skarb. Marcin wykonał dobre kilka kursów po drabinkach, aż udało nam się zgromadzić odpowiedni zapas śniegu do topienia. Podobnie reszta ekip wieczór spędziła topiąc litry wody na następny dzień. Pod wieczór przybyły jeszcze dwie pary sympatycznych włoskich wspinaczy i dopiero wtedy doceniliśmy, jak luźno było wcześniej! Zrobiło się gorąco – dosłownie i w przenośni. W końcu jednak wyrzuciliśmy z izby stół, porozkładaliśmy karimaty i koce i jakoś udało się upakować 16 osób – znów pojawił się motyw “sardynek”. Noc nie należała do udanych, zwłaszcza że wspinacze ustawili budziki tradycyjnie na 3.00 rano.

Chłopcy chcieli wybrać się na Lyskamm (4432 m n.p.m.) – to przepiękna, ostra jak brzytwa grań, na którą jednak z powodu warunków śnieżnych trzeba wyruszyć w środku nocy. Było już na to za późno, więc wszyscy razem zrobiliśmy trawers przez Corno Nero (4322 m n.p.m.), Ludwigshohe (4342 m n.p.m.) i Parrotspitze (4436 m n.p.m.) aż do położonego najwyżej w Europie schroniska – Regina Margharita na szczycie Gnifetti (4554 m n.p.m.).

Miejsc w schronisku nie było, ale postanowiliśmy, że nie poddamy się tak łatwo. Już wcześniej wypatrzyliśmy nieogrzewany magazyn, w którym przechowywano różne dziwne rzeczy, np. łopaty, zapas butelkowej wody i sprzęt medyczny. Tam założyliśmy “obóz” i “przez zasiedzenie” zostaliśmy na noc. Z powodu męczącego mnie zatrucia zapamiętałam pobyt w tym orlim gnieździe jako nadzwyczaj przykry. Nie cieszył mnie widok lufy pod balkonem ani śmiglaka, który przywiózł zaopatrzenie. Cały czas myślałam tylko o tym, by zejść już niżej i poczuć się lepiej, w dodatku nie mogłam jeść.

Na szczęście chłopcy byli w świetnej formie, a słoneczna pogoda sprzyjała wyczynom. Damian i Michał postanowili zaatakować najwyższy szczyt Monte Rosy – Dufourspitze (4618 m n.p.m.), drugi po Mont Blanc szczyt Alp, a wycieczka zakończyła się powodzeniem.

Oddajmy głos Michałowi:

“Wyszliśmy z Margerity gdy już wystroiliśmy się odpowiednio na tak podniosłą okazję, pozapinaliśmy wszystkie paseczki i doczepiłem antiboty z folii po kiełbasie. Było koło 8 czyli nieprzesadnie wcześnie. Na Zumsteinspitze (4563 m n.p.m.) odprowadził nas Kliszu. Zrobiliśmy sobie wspólną fotkę i Kliszu radośnie przebierając nóżkami na zalodzonej stromej skale tuż pod szczytem szybko oddalił się w dół w kierunku schroniska. Związaliśmy się z Damianem węzłem zbiorowej odpowiedzialności, nieco optymistycznie zwanym asekuracją i poszliśmy w stronę śnieżnej grani wiodącej do Dufoura. Różnica między szczytami – tym, z którego schodziliśmy, a tym, na który szliśmy to tylko 100 metrów, jednak do przejścia jest “syty” kawałek wspinu – trzeba wytracić deniwelację schodząc cienką jak brzytew śnieżną granią do przełęczy na 4452 m, a potem przez leżące wśród skał pólka śnieżne, i skalne ścianki i załomy odzyskać cenne metry.

Kiedy szliśmy w dół, śnieg był twardy i nic nie zapowiadało kłopotów, jakie miały pojawić się podczas powrotu. Kulminacyjnym momentem wspinaczki było wdrapanie się na skalnego “konia”, na którym – jak sama nazwa wskazuje – dało się siedzieć tylko okrakiem – jego trudności to około III+ w rakach. Tuż po koniu dotarliśmy na południowo zachodni przedwierzchołek. Z niewyraźnymi minami wpatrywaliśmy się na północny zachód, zastanawiając się czy aby tamta górka 100 metrów na lewo, nie jest większa od tej, którą zdobyliśmy. Niestety wyszło, że jest, więc zdecydowaliśmy się załoić Dufoura do końca. Od przedwierzchołka S-E do właściwego szczytu jest około 45 minut wymagającego trawersu wspinaczkowego. Gdy doszliśmy na szczyt, zastaliśmy tam przedostatnich zdobywców tego dnia – 3 Hiszpanów. Mała sesyjka zdjęciowa na szczycie, batonik i hajda na dół.

Hiszpanie mieli łatwiej, bo zjeżdżali na szwajcarską stronę. Do tego asekurowali się stanowiskowo, tak rzetelnie jakby wspinali się po VI drodze. Wolno im szło, więc wyprzedził ich Damian. Asekurowany lotną, z plecakiem i zahaczającymi wszędzie kijkami, balansując na jednej nodze, i jeszcze konwersując z nimi po hiszpańsku zrobił na nich niezapomniane wrażenie… Droga orientacyjnie nie była trudna, więc powrót skałami odbywał się szybko. Aż do momentu kiedy dotarliśmy do owych pólek śnieżnych. Ujawnił się powód dla którego wspinacze wychodzą na Dufoura tak wcześnie. Nie było to jak wcześniej podejrzewaliśmy spowodowane ich skłonnościami masochistycznymi. Śnieg, który rano stanowił pewne oparcie dla raków roztopił się, w miejscach kontaktu z ciepłą skałą powstały próżnie, którymi ciekła woda. Nadepnięcie na jakiś mniejszy płat powodowało jego opadnięcie. Zrobiło się niezabawnie. Zaczęliśmy się asekurować dużo rzetelniej – o ile można
mówić o asekuracji z czekana wbitego w mokry śnieg. Grań śnieżna, która rano była lita, w drodze powrotnej stanowiła najbardziej “psychiczny” fragment drogi – jak to nazwał Damian “sypkie zejście”. Czasami fragment roztopionej ścieżki wyjeżdżał nam spod nóg, czasami słyszeliśmy głuchy dźwięk dochodzący z połaci śniegu, na której staliśmy, a która nie trzymała się skały, bo odtopniała od niej,
czasami z rozbawianiem stwierdzaliśmy, że miejsce, w które wbiliśmy czekan prześwituje od dołu, bo stanowi nawis śnieżny. Poprzez skałki na stoku Zumstein dotarliśmy w końcu na bezpieczny ląd i zeszliśmy do Margherity. Tam Damian zasnął na stole w jadalni. Resuscytowałem go chińska zupką, pumperniklem z kabanosem i miodem oraz kawą. Kiedy miałem już pójść do wspomnianego wyżej składziku po defibrylator, Damian ożył, zjadł przygotowane przez “tatusia” specjały i mogliśmy zejść w dół lodowca do Królika i Klisza.”

W tym czasie Marcin i ja zeszliśmy na dół i przygotowaliśmy obóz pod Mantovą. Wieczór upłynął nam na wypatrywaniu na lodowcu znajomych postaci, a gdy pojawiły się w końcu w zasięgu wzroku, bardzo się ucieszyliśmy i zaczęliśmy gotować herbatę.

Cel sportowy w masywie Monte Rosy został osiągnięty, dlatego następnego dnia zeszliśmy do Gressoney – nową dla nas drogą, trochę dłuższą, ale prowadzącą w dużej części po szutrówce. Tylko początkowy odcinek, do stacji kolejki, zawierał elementy wspinaczki i przejścia przez małe lodowe pola.

Zmęczeni ciężkimi, prawdziwie szerpowskimi plecakami i wysokością zapragnęliśmy trochę “restu”. Jako cel obraliśmy popularny rejon wspinaczkowy – kanion Verdon w Prowansji. Podczas nocy spędzonej w samochodzie przenieśliśmy się z krainy lodowców do krainy nagrzanych wapiennych skał, pachnących ziół prowansalskich i malutkich kolorowych miasteczek tonących w kwiatach. A także – co ciekawe – słynnych z gwałtowności burz!

Nareszcie mogliśmy przyjąć odpowiednią dawkę węglowodanów w postaci bagietek i podjeść trochę soczystych melonów. Przerwa była krótka, a wypad miał charakter rekonesansu, bez wspinaczki, za to z szybkim i nie pozbawionym przygód przebiegnięciem szlakiem wzdłuż kanionu. Upchnąwszy w kątach bagażnika pęczki lawendy i tymianku wyruszyliśmy w stronę Zermatt, nad którym góruje szczyt znany każdemu miłośnikowi dobrej czekolady – Matterhorn (4477 m n.p.m.).

Wejście na Matterhorn wymaga sprzętu i doświadczenia. Od schroniska Hornlihutte, do którego prowadzi turystyczny łatwy szlak, to jeszcze 1200 metrów wspinaczki, trudnej przede wszystkim orientacyjnie. Najpopularniejsza droga to wspinaczka przeważnie w skale, o trudnościach około III wg polskiej skali. Z pewnym żalem, ale świadoma swoich umiejętności, zrezygnowałam z wejścia. Tylko opóźniałabym chłopaków, a czas wydawał się kluczowym czynnikiem powodzenia całej akcji.

O 4.00 rozdzwoniły się budziki i chłopcy rozpoczęli celebrację śniadania i poczynili ostatnie przygotowania. Grań wejściowa tonęła w ciemnościach, a szlak znaczyły światełka kilkudziesięciu czołówek, nanizane jak choinkowy łańcuch. Widok był niesamowity.

Oddajmy głos Marcinowi:

“Od kiedy wstaliśmy dobre półtorej godziny minęło zanim stanęliśmy pod ścianą. Było już widno, choć słońce ciągle tkwiło za masywem Monte Rosy. Od początku musieliśmy się związać, bo już pierwsze metry oferują trudności wspinaczkowe. Początkowo szło nam dość szybko. Prowadził Michał, a Damian i ja szliśmy za nim, ewentualnie wspólnie zastanawiając się nad przebiegiem drogi. W miarę jak robiło coraz cieplej, zrzucaliśmy z siebie kolejne warstwy – kurtki, polary, rękawiczki, czapki. Jednocześnie coraz bardziej doskwierało nam pragnienie i uświadomiliśmy sobie, że mamy stanowczo za mało wody ze sobą. Ja dodatkowo zgłodniałem, bo na śniadanie zjadłem tylko jednego liofa.

Orientacja na drodze przez pierwsze turnie – Czarną i Żółtą – nie sprawiała większych trudności, bo szlak jest tu oznaczony kropkami na skale. Gdy kropki zniknęły, sugerowaliśmy się różnymi pozostałościami po innych ekipach – pętlami, hakami i starymi poręczówkami aż do momentu, gdy zobaczyliśmy poniżej nas ekipy wchodzące z przewodnikami zupełnie inaczej. Wtedy okazało się, że nieco zboczyliśmy z drogi, marnując na to sporo sił i że orientacja na tej grani to nie bułka z masłem, ale raczej legendarna pizza inferno.

Próbowałem przypomnieć sobie drogę na podstawie sznura zapalonych czołówek, który widzieliśmy nocą. Jednak dawało to tylko ogólne pojęcie o przebiegu drogi. Początkowo robiliśmy 200 m przewyższenia w pionie na godzinę. Dawało to nam szansę, by w przewodnikowe 6 h osiągnąć szczyt. Zresztą limit 6 h ustaliliśmy jako ten, po którym będziemy schodzić. Pierwsze godziny upłynęły zatem w optymistycznej atmosferze, szanse na wejście były duże. Z czasem opadliśmy nieco z sił, spadło nam tempo i nawet Michał, który cały czas prowadził, zaczął zwalniać, a na postojach wręcz przysypiać. Od pewnego momentu zrobił się też spory tłok i zaczęły nas mijać kolejne ekipy schodzące na dół. To jeszcze bardziej spowolniło akcję. Po przejściu trawersu dotarliśmy pod ostatnią ściankę przed schronem Solvay. Schron był na wyciągnięcie ręki, minęło południe. Utknęliśmy tu jednak na dobre, bo po ściance zaczęły masowo zjeżdżać z góry kolejne ekipy z przewodnikami. W końcu jednak udało nam się stanąć na “tarasie” schronu. Michał jeszcze nieśmiało rzucił propozycję wejścia na szczyt i przenocowania potem w schronie, jednak gonił nas czas i uznaliśmy, że nie byłoby to mądre. Wypiwszy resztkę wody i pstryknąwszy pamiątkową fotkę zaczęliśmy klarować linę do zjazdów.

Obawa przed kiblowaniem na grani popędzała nas w dół, jednak każdy fałszywy krok mógł skończyć się źle. Niestety nie zawsze udawało nam się znaleźć naszą drogę wejściową. Dlatego sporą część trasy pokonaliśmy szybkimi zjazdami. Wybierając stanowiska zjazdowe też nie wybrzydzaliśmy, czasem wykorzystując jakieś stare, na wpół przetarte pętle. Po osiągnięciu oznakowanego odcinka odetchnęliśmy z ulgą – namioty pod schroniskiem były na wyciągnięcie ręki. W euforii wysłaliśmy sms-a do Uli, by zwijała obóz i gotowała herbatę. Po zejściu nie odmówiliśmy sobie z Damianem zatrzymania się przy “źródełku” – emaliowanym garnku z wodą i napełniliśmy pusty od dawna bukłak. Pomimo tego, że nie zdobyliśmy Matterhornu, nasza radość po zejściu była wielka. “

Tuż po przyjściu chłopaków nad Matterhornem zawisła nadziana niczym na dzidę olbrzymia szara chmura, która utrzymała się do następnego dnia, kiedy mogliśmy ją już obserwować leżąc na zielonej trawie pośród nor świstaków.

Tak zakończyła się nasza alpejska przygoda. Droga powrotna była męcząca, lecz niezwykle ciekawa z racji przejazdu przez wysokie szwajcarskie przełęcze – Furkę i Oberwald. Nie udało się niestety kupić lokalnych moreli i musieliśmy zadowolić się bułkami z marketu. Podziwialiśmy ilość gór, skał, ścian, które mają u siebie i Szwajcarzy, i Austriacy. Żeby tak z 1/100 tego dało się przenieść gdzieś tu koło nas ;) marzenia!

Autor: Ula, Marcin, Michał
Zdjęcia: Marcin, Michał

Więcej fotek z La-Palud-sur-Verdon#
ula

---

Skomentuj

 
---