KOMAŃCZA-ŻEBRAK
Afrykańskie bębny, zimny deszcz i świecące po oczach czołówki – adrenalina osiąga maksymalny poziom. Chęć startu miesza się z lękiem przed zgubieniem Bartka. Do tego jeszcze mokry kompres na plecach z nieszczelnego camelback’a. Nareszcie ruszamy przy błyskach fleszy! Początkowe kilometry po asfalcie w tłumie innych ultrasów pokonujemy stanowczo w zbyt szybkim tempie. Póki co, staram się omijać kałuże, ale już na podbiegu pod Duszatyńskie rozumiem absurd takiego zachowania. Błoto oblepia nogi powyżej kostek i co gorsza, wciska się przez ziejącą wnętrznościami dziurę XT-wingsów. Szalone podejście pod Chryszczatą w szarówce wstającego dnia i sprint na Przełęcz Żebrak. Nie ma zmiłuj – pierwszy limit jest bezlitosny.
ŻEBRAK-CISNA
A tak ładnie żarło i zdechło… Bartek padł ofiarą wczorajszego zbyt późnego posiłku w Latarni Wagabundy. Mieszanka pierogów ruskich i z kapustą zamiast przysporzyć niezbędnej energii szuka wyjścia na zewnątrz! Tempo spada, motywacja ustępuje frustracji, ale walczymy dalej. Niepostrzeżenie przestaje padać, ale na szlaku nadal powódź. Rozpoznaję teren, zbliżamy się do zejścia do Cisnej. Karkołomny zbieg błotnistą wycinką wyciągu i wpadamy na asfalt. Bartek chyba dochodzi do siebie, więc na przepak wbiegamy jakby wszystko było ok. Jest szalona Gosia i Józek z Zadyszki, jest też niezawodna Ula. Minimum ceregieli i lecimy na trzeci etap.
CISNA-SMEREK
Mordercze podejście pod Okrąglik pozwala nam odzyskać lekkomyślnie utraconą wysokość. Po głowie kołaczą się słowa Mirka z odprawy o jakimś kluczowym nawigacyjnie punkcie na grani. Mamy być czujni, by nie polecieć na słowackie piwo. Zmęczenie i śliska, wąska ścieżka wymuszają marsz przeplatany podbiegami. Jest okazja, żeby nawiązać chwilowe znajomości, wymienić się pierwszymi wrażeniami. Powoli się przeciera, kolejne polanki pozwalają rzucić okiem na sąsiadujące pasma. Jeszcze długo z dołu dobiega odgłos afrykańskich bębnów, po nocnym koncercie w Komańczy bębniarze przenieśli się na przepak w Cisnej. Swojskie „Czołem Rzeźnicy” rzucone przez mijanego turystę działa jak wiatr w skrzydła, mimowolnie przyspieszamy. Kolejne śliskie zejście i wypadamy na asfalt – wedle słów Mirka ta droga powinna się jednak skończyć. Mam wrażenie, że jesteśmy na samym końcu. Na tym etapie wyprzedziło nas kilkanaście zespołów. Przepak w Smereku: zmiana mokrych butów, szybka kanapka i tankowanie pustego camela.
SMEREK-BEREHY
No to teraz zacznie się prawdziwy Rzeźnik – to co było do tej pory powinniśmy traktować jako rozgrzewkę. Tym bardziej szkoda opuszczać żywiołowych kibiców z Zadyszki. Na odchodnym Józek coś mi mówi o Uli i Wojtku, chyba, ze mamy ich gonić. Jestem tak zakręcony, że nie bardzo kojarzę. To typowy dla mnie amok. Słonko praży, pot leje się strugami, a my powoli podchodzimy pod Smerek. Dwa kroki w górę i połowę z tego tracę zsuwając się po błotnistej ścieżce. Koszmarna harówa! Patrzę z szacunkiem na Bartka, kilkadziesiąt metrów niżej walczy z kryzysem, i to na najgorszym podejściu Rzeźnika. Teraz rozumiem, ze nasza zespołowa walka toczy się o ukończenie, a nie o miejsce na mecie. Połonina Wetlińska: tłumy turystów blokują szlak na Orłowiczu. Wybaczamy im, biją nam brawo, dopingują. Bartek nawet podbiega. Chatka Puchatka nie chce się do nas zbliżyć, a za nią czeka nas już zejście do Berehów. Schody – co za koszmarne zejście! Nadwerężone czworogłowe buntują się przed kolejną torturą. Irracjonalnie myślimy tylko o redbull’u czekającym na nas na przepaku. Jakoś tu cicho, brakuje charakterystycznego gwizdka i dopingu Gośki. Jakaś dziewczyna wyjaśnia moje wątpliwości – Gosia z Ulą nie czekały na nas, poleciały na ostatni etap Połoninę Caryńską.
BEREHY-USTRZYKI
Byle ruszyć! Jakoś się doczołgamy, mamy jeszcze cztery godziny do limitu. Bartek rusza wyjątkowo żwawo, widać, że i na niego działa magia mety. Żółwim tempem zdobywamy ostatnie mocne podejście na tej trasie. Lewa noga na stopień, prawa do niej dołącza. Znowu lewa i znowu prawa. Teraz chwila na wyrównanie oddechu i otarcie potu. Prawie jak na filmach ze zdobywania ośmiotysięczników. Myślami odpływam daleko, razem z Mariem wdrapuję się wulkaniczne stoki Mellvile’a. Niepewnie postawiona noga zjeżdża na warstwie błota, szybko wracam do rzeczywistości. Na grani spotykam jakąś panią, która weszła tu tylko po to, by dopingować swoich znajomych. Dla takiego dopingu warto dać z siebie wszystko. Do granicy lasu idę ze znajomymi z ubiegłorocznego maratonu w Poznaniu. To oni uświadamiają mi, że nadal mamy szanse na zmieszczeniu się w czternastu godzinach. Tylko jak przekonać Bartka do ostatniego wysiłku? Przecież on naprawdę daje z siebie wszystko! Jak na złość ostatnie zejście to szeroka, błotnista rynna z lichą poręczą. Aby zrobić wynik trzeba nią zbiec, nie myśląc o upadkach. „Dawaj Bartek! Mamy jeszcze dziewięć minut. Zdążymy!” Jestem mu wdzięczny za jego poświęcenie, przebiegamy przez mostek trzymając się za ręce. Radość, ulga i satysfakcja tłumią potworne zmęczenie. Wpadając w ramiona Uli, łapię na szyję medal i kadry niezawodnej Gosi – kibica, reporterki i zawodniczki w jednej osobie. Dziękuję tym, którzy walczyli ze mną na bieżni i tym dopingującym z trybun. Bez jednych i drugich byłoby bardzo ciężko.
Autor: Marcin

Brawo Bracie Rzezniku! Świetna relacja.
— Andrzuś · cze 18, 23:28 · #
Pięknie opisałeś.Walczyłeś wspaniale.
Józek z Zadyszki.
— Madmax · cze 19, 20:36 · #
Gratuluje Sahibie! I jeszcze raz dziekuje za Mellvile’a… tez tam czesto wracam! Jak zawsze trzymam kciuki… powodzenia w kolejnych rajdach!
— tenzing · cze 20, 19:22 · #
Gratulacje! Fajna relacja. Pozdrawiam:)
— Paweł · cze 21, 11:43 · #