Mokry blues o czwartej nad ranem

cze 9, 01:15

Bardzo lubię nieformalne, kameralne imprezy. Można z każdym pogadać, organizatorzy czasem czegoś zapomną, z czego potem można się pośmiać, a zawody przebiegają w “rodzinnej” atmosferze. Ściganie w takich warunkach to przede wszystkim fajna zabawa, okazja do treningu i nawiązania ciekawych znajomości, a wynik liczy się dopiero na którymś tam miejscu. Miniony weekend upłynął nam pod znakiem rAId-u Alternatywnej Inicjatywy, który zaserwował team Niezłej Korby.

Rajd miał się odbyć w naszych okolicach, trasa miała mieć przynajmniej 100 km, a formuła zapowiadała się ciekawie – fotografowanie punktów, więc niewiele myśląc w sobotnią noc stawiliśmy się na starcie w Raszynie. Przyjechaliśmy sporo wcześniej i zaanektowaliśmy markizę nad bankiem, bo właśnie lunął deszcz jak z cebra. Powoli zaczęły się zjeżdżać ekipy i organizatorzy, a pogoda stawała się coraz gorsza. O północy ruszyliśmy. Światło latarni odbijające się w kałużach dodaje uroku miejskim terenom, ale tylko wizualnie, bo po pierwszym zaledwie 5-kilometrowym etapie pieszym po uliczkach Raszyna mieliśmy już wszystko mokre, więc bez tych urokliwych kałuż też byśmy jakoś przeżyli. Patenty na deszcz są różne – a to wdzianka z worków na śmieci (ciekawie obserwowały tę ekipę policyjne patrole), a to rozmaite peleryny, a to cienkie biegowe kurteczki. Tu muszę pochwalić mój ulubiony ostatnio rajdowy ciuch – markową kurteczkę z lumpeksu za 3 zł, która może nie jest aż tak dobra jak worek foliowy, ale ma za to kieszenie.
Nie wiedzieliśmy dokąd zawiodą nas kolejne etapy, znaliśmy tylko miejsce zakończenia. Miło zaskoczył nas więc kolejny etap – rowerowy (etapy piesze i rowerowe przeplatały się), który poprowadził w stronę naszej gminnej wsi – Lesznowoli, a następnie na przepak w lasach Magdalenki. Tam okazało się, że pomimo beznadziejnego tempa na etapie pieszym, nadgoniliśmy na rowerach (pomimo błota i wywrotki w błoto nr 1 w moim wykonaniu) i przyjechaliśmy jako drugi zespół na przepak! Niestety rzeczy nie dotarły, więc poczuliśmy lekko klimat jak na wielodniowych rajdach ekspedycyjnych, gdzie czasem nawala logistyka (co znamy tylko z opowieści). Nie czekaliśmy długo, w końcu mogliśmy zmienić buty i pognać w las, by sfotografować kolejne dziwne miejsca. Ekipa przed nami – Janek i Olo – co chwilę pojawiała się tu i tam. Chciały nas zjeść jakieś psy, poza tym bezawaryjnie – dopisała nam nawigacja, dzięki czemu chłopaki zostali z tyłu. O pierwszym brzasku znów witaliśmy przepak, jednak nie dane nam było wskoczyć na rowery – musieliśmy jeszcze przebiec rundkę po Magdalence w ramach “pamięciówki”. Przypadła ona na te przyjemne godziny ranne, gdy budzi się“ptasi zegar” i wszystko dookoła gdacze na drzewach, pomimo syfiastej, mokrej pogody. Przy okazji naszła mnie refleksja, że nigdy chyba jeszcze nie biegałam o 4.00 rano w deszczu i było to dość przyjemne uczucie, więc polecam każdemu spróbować, zamiast wylegiwać się do 7.00 pod pierzyną
W końcu mogliśmy znów wsiąść na rower i zgodnie z przewidywaniami udaliśmy się na zachód, przez Walendów i Nadarzyn do Żółwina. Pomimo że wyruszyliśmy na ten etap jako pierwsi (!) już na najbliższych punktach w Walendowie zrobiliśmy głupotę, zaliczając je w odwrotnej kolejności niż by wypadało, a potem było tylko gorzej. W każdym razie, chłopaki uciekli i pozostały po nich tylko ślady na jednaj bardzo kiepskiej drodze, którą wybrali tak samo celnie jak my. W Nadarzynie pojechaliśmy już zupełnie bez sensu, potem wykonałam wywrotkę nr 2, taką fajną, z wyginaniem rogu, aż w końcu pełni rezygnacji przez krzaki dojechaliśmy na kolejny przepak – w Żółwinie.
Na domiar złego znów nawaliła logistyka i okazało się, że w samochodzie nie ma naszych rzeczy. Chłopaki się przejęli i postanowili, że pojedziemy do Magdalenki autem po nasz nieszczęsny plecak. Jednak gdy byliśmy w połowie drogi, okazało się, że rzeczy już jadą, więc zawróciliśmy. W tym czasie biedny Marcin pilnował rowerów, mókł i dygotał z zimna. W sumie mieliśmy tu godzinę straty. Doczekawszy się butów, kanapek itd., wyruszyliśmy na przedostatni odcinek, który prowadził przez malownicze uliczki Podkowy Leśnej, Otrębusy, a z powrotem przez las. Na tym etapie przyszedł mi do głowy wierszyk o siadaniu gołą pupą na jeża i okazało się, że Marcin też go zna, ale w skróconej wersji. Przestaliśmy wzbudzać zdziwienie przechodniów, gdyż nastał ranek i zrobił się ruch.
Do przodu popychała nas już tylko myśl, że przed nami ostatni, szósty etap – rowerowy. Rowery już nie chciały nas wozić i głośno się opierały piszcząc i skrzypiąc, musiały jednak wytrzymać jeszcze kilkanaście kilometrów. Punkty znaleźliśmy szybko, choć niezbyt sprytnie i w końcu dojechaliśmy na działki między Strzeniówką a Nową Wsią, na metę. Deszcz wreszcie ustał, zaświeciło słonko, co w połączeniu z zielonymi trawnikami i girlandami kwiatów stworzyło klimat sielanki i relaksu. Powinnam tu jeszcze oddać głos Marcinowi, który został uraczony kiełbasą z grilla, od czego nabrał od razu ochoty na nowe przygody i wyzwania.
Powoli zaczęły docierać kolejne ekipy (przed nami byli Janek i Olo), w wesołej atmosferze zakończyła się impreza. Dziękuję organizatorom za fajną zabawę, za zmuszenie nas do biegania po nocy i do paru innych rzeczy, bo tak to by człowiek przespał najfajniejszy czas w życiu :)

Autor: Ula

strona Niezłej Korby
ula

---

Skomentuj

 
---