Mazovia za płotem (Piaseczno 17.05.2009)

maj 19, 00:33

Jazda na blacie, trasa jak stół – gdyby nie trochę błotka, to można by zasnąć z nudów. Jednak lokalny patriotyzm każe mi nie narzekać na trasę Mazovii w Piasecznie – w sumie to lubię tu jeździć…

Po piaseczyńskiej trasie nie ma co spodziewać się fajerwerków. Płasko jak stół, a jedyne urozmaicenie to trochę piachu i błota, ale to już zależy od warunków. Akurat pogoda sprzyjała – w sobotę popadało, tak więc za cenę paru błotnistych kałuż przynajmniej piach był przejezdny. W niedzielę było ciepło, lecz nie gorąco, a zza chmur dziarsko przezierało słonko.

Wąski start na piaszczystej drodze i już po chwili mkniemy po leśnych duktach, skręcając to w prawo, to w lewo (jakoś trzeba uzbierać te kilometry w naszych kieszonkowych Chojnowskich Lasach). Na bufetach tym razem wypas, więc nawet najwięksi malkontenci nie mają się do czego przyczepić. Frekwencja ogromna (prawie 1400 osób), tworzą się więc zatory na większych błotach czy na przejściach przez rowy, które spokojnie można przejechać na prywatnej wycieczce w pojedynkę, w dodatku na blacie.

Marcin zamierzał jechać na giga (95 km). Ja od razu zadeklarowałam mega – robienie kółka, w dodatku z wjazdem na pętlę tuż pod metą, psychicznie mnie przerosło. W dodatku napompowałam tylne koło tak mocno, że ledwo czułam plecy po tych skromnych 53 km mega. Jakież było moje zdziwienie, kiedy spotkałam Marcina na mecie, po morderczym finiszu, na którym wykręcałam momentami 40km/h. Jak sam przyznał, kiedy zobaczył napis “giga” i strzałkę, a do wyboru miał 5 km do mety mega, opanowało go trudne do przepędzenia lenistwo.

Spotkaliśmy mnóstwo znajomych, nie tylko w sektorach i na trasie, ale również na mecie. Z Plast Mixu wystartowało nas aż 15 osób, więc po wyścigu zaszyliśmy się w kąciku chill-out na różowych karimatach. Mamy tak mocnych gigowców (i megowców również), że awansowaliśmy na 14 miejsce w generalce. Niestety mój wynik tym razem nie przyczynił się do teamowej chwały. Przez pewien czas co prawda widniałam na liście wyników jako druga w K3, jednak coś się nie zgadzało – przede wszystkim czas. Dopiero po pewnym czasie, gdy spiker już zapowiadał dekorację, nagle mnie olśniło i sprawdziłam, cóż to za chipa mam przypiętego do widelca. Oczywiście! Zamienione chipy, mój i Marcina. Sprint przez tłum ludzi do namiotu, w którym siedzą wszechwładni panowie od pomiaru czasu, wstrzymana dekoracja i błyskawiczne wyjaśnienie sprawy. Szybciutko naprawiono naszą pomyłkę i co najważniejsze, właściwe osoby dostały pucharki.

Autor: Ula

ula

---

Komentowanie zakończone dla tego artykułu

---