TdDP - Tour de Duch Puszczy

maj 6, 00:36

Supraśl – kultowa trasa Mazovii, trzy różne konkurencje, klimaty Podlasia, niekończące się górki, puszcza i podmokłe łąki. Rok temu błotne, zimne kąpiele i trzydniowy deszcz. A co przygotował Duch Puszczy na tegoroczną majówkę?

Piaskownica, plaża, a nawet pustynia

Do Supraśla (a właściwie na początek do Białegostoku) udajemy się w podgrupach. W piątek rano zajeżdżam po Gosię i ze sporym zapasem czasowym docieramy na Pietrasze, gdzie o 16.00 ma się rozpocząć czasówka. Bez problemu zapisuję się, muszę tylko wykombinować numer na kierownicę. Oryginał został w domu, mają go przywieźć Marcin i Damian, ale nie zdążą na czas. Z taśmy izolacyjnej przy pomocy nożyczek wycinam zgrabne cyferki, prawie nie do odróżnienia (a nawet lepiej wychodzą na zdjęciach) i przyklejam na rewersie wypożyczonego od Gosi numeru.
Gosia dostaje propozycję podwózki do Supraśla i zostaję sama. Kilka przecznic dalej trafiam do baru Topolanka, gdzie za 4,30 pln dostaję dwa wielkie naleśniki z serem i kompot! Nie do wiary, że są takie miejsca. Podbudowana na ciele i duchu ruszam na start. Najwyższy czas skręcić rower do kupy i rozejrzeć się. Na starcie muza, piknik, no i zawodnicy. Popołudniowe słońce daje, że hej, wokół pustynny pył, las suchy jak wiór. Nikt już nie pamięta, kiedy ostatnio tu padało. W końcu wybija moja godzina. Ruszam ostro, a tam jakieś takie XC, czyli coś, do czego nie nadaję się ani ja, ani mój rower. Dzielnie walczymy w piachu, w lesie będzie łatwiej.
To w dół, to pod górę, kombinując cały czas w tej cholernej piaskownicy, z tylko jedną wywrotką i jednym spadnięciem łańcucha, brnę do przodu. “Brnę” to chyba dobre określenie. Nie ma porównania do zeszłego roku, kiedy to grzaliśmy ścieżką rowerową 30 km/h. Wyprzedza mnie kilkunastu zawodników, którzy wystartowali po mnie. Teren trochę przypomina Kampinos w okresach maksymalnej suszy. Parę razy zakopuję się. Woda pojawia się tylko raz – w postaci przejazdu przez taki niby-strumyk po zaimprowizowanej z dykty niby-kładce. Mimo to trasa ciekawa, sporo ostrych zjazdów, zakrętów, i prawie cała po lesie.
W końcu na liczniku pojawia się 14 km. Słychać już spikera i muzykę, to dodaje skrzydeł. Na koniec jeszcze jeden paskudny podjazd, a tam niespodzianka – słyszę doping chłopaków! Ostry finisz, potem woda, ciasto i… jeszcze jedna wizyta w Topolance, tym razem w jakże miłym towarzystwie.
W Supraślu małe problemy nawigacyjne, w końcu jednak lądujemy na kwaterze w bajkowym miejscu, gdzie czeka spora grupa Plast-Mixu. Wieczorne gawędy i spać.

Kogo porwał Duch Puszczy?

Upalny poranek nie wróży dobrze. Na szczęście od czasu do czasu trochę wieje, ale na deszcz nadal się nie zanosi. Sobotnia impreza, czyli standardowy maraton Mazovii gromadzi na starcie kilkuset zawodników. Po kiepskim wyniku w Łodzi spadłam do VII sektora i wcale tego nie żałuję. To miejsce dla mnie – tu można spokojnie, swoim tempem wystartować. A pod koniec zawsze jest czas na ściganie. Sektor wyjątkowo mało liczny, Supraśl ma to do siebie, że nie przyciąga aż takich tłumów jak Otwock czy inne imprezy tuż pod Warszawą.
Początkowo trasa wiedzie asfaltową rozjazdówką. Tempo szybkie, a stawka się tasuje. Wjeżdżamy w puszczę. Od razu zaczyna się to samo, z czym walczyłam wczoraj – piach. Tyle, że tutaj dystans mega ma mieć 65 km, giga 100 km, trzeba więc siły rozłożyć na kilka godzin. Trasa wije się po lesie, to w dół, to w górę. Nawet nie myślę o tym, czy jedziemy na wschód, zachód, północ czy południe. W ogóle myślenie się wyłącza, a w każdym razie jakaś bardziej kreatywna część. Cały wysiłek idzie na rozstrzyganie prostych wyborów – z lewej, z prawej, zrzucić bieg, przyhamować, przyspieszyć, uchylić się pod gałęzią, ominąć korzeń, łyknąć wody na prostszym kawałku. I tak to się kręci. Od czasu do czasu zamieni się z kimś parę słów, spojrzy na licznik, który uparcie stoi prawie w miejscu. Ktoś wyprzedzi, to ktoś stoi z boku i zmienia dętkę. Pojawia się Marcin, wyprzedza mnie Zuza. Ale gdzie? W którym momencie? Nie pamiętam! Trasa zlewa się w jeden pęd, uciekający spod kół piach, migający wokół las, plamy słońca, jakieś przebłyski pamięci, że już kiedyś tędy jechałam. Z transu wybija przejście przez kładkę z bali na rzece Supraśl. Kolejka na parę minut stania, daleko z przodu widzę Gosię. Okazja, żeby zjeść batona złapanego na bufecie. Niektórzy idą przez rzekę, nie chcąc czekać. We wsiach mamy doping. Gospodarze wystawiają nawet wiadra z wodą i kubki! Podlaska gościnność jest niespotykana! A także poczucie humoru – Marek opowiadał później, że w jednej wsi gonił go gość z suszarką i chciał zatrzymać za przekroczenie prędkości.
Do jazdy motywuje mnie towarzystwo Ani z Leniwców. Potem Ania Witkowska – spotkana przy mostku. Staram się jak najdłużej utrzymać za nią, bo wiem, że jest mocna. Ratuje mnie wodą, na szczęście pojawia się kolejny bufet – tu uzupełniam bidon do pełna. Gdzieś tam wyprzedzam Zuzę, którą łapią skurcze. Ostatnie kilkanaście kilometrów ma nas zgodnie z zapowiedzią “ujechać”. Krążenie po Krzemiennych Górach doprowadza rzeczywiście do kresu wytrzymałości. Piach i podjazdy tak strome, że nawet dublująca nas czołówka giga podchodzi pod niektóre. I w końcu, ni z tego, ni z owego – wyjeżdżamy z lasu! Jakaś łąka, mostek, rzeka, a w oddali… panorama Supraśla! A więc udało się, teraz już tylko szybki finisz szutrówką ze zbliżającym się coraz bardziej klasztorem, niczym oaza na pustyni! Kręcę ile pary w nogach. Meta!
Leżenie na trawie, w cieniu, pomarańcze, ciasto, woda, dużo wody. Z niepokojem zastanawiam się co z Gosią i Marcinem, którzy skręcili na giga. Czy spotkali Ducha Puszczy? Kiedy przyjadą? Próbuję to jakoś skalkulować na podstawie swojego wyniku. Sześć godzin? A może siedem? Damian jest od jakiegoś czasu, przychodzi już przebrany, czekamy razem.
Przyjeżdżają nasi gigowcy z Plast-Mixu – Michał i Czesław. W końcu, po prawie 6,5 h pojawia się Marcin. Czekamy już tylko na Gosię, reszta w komplecie. Około pół godziny po Marcinie zjawia się i ona – jak zawsze uśmiechnięta, wesoła, tak jakby te 100 km to była po prostu niedzielna przejażdżka! I tylko czarny pył pokrywający ją od stóp do głów świadczy o tym, że to niesamowita twardzielka. Po naszej “krótkiej” trasie mega zupełnie nie wyobrażam sobie, że miałabym przejechać jeszcze 35 km więcej. Więcej górek i więcej wszystkiego! W dodatku samotnie na końcu stawki! Do tego potrzeba żelaznej psychy, nie tylko kondycji.
Wieczór upływa nam przyjemnie. Zmęczeni, ale przecież naszprycowani endorfinami, żartujemy i popijamy zupełnie niesportowe izotoniki. I jeszcze szybko piorę koszulkę na niedzielę – jest taka mięciutka, że nie chcę innej!
(Tylko nasz sąsiad-entuzjasta, pan Ryszard, wraca do miasteczka sportowego, by zawiadomić, że jego współlokator nie dotarł na kwaterę. Dopiero na drugi dzień okazuje się, że z powodu upału i złego samopoczucia wycofał się z wyścigu i trafił do szpitala.)

W poszukiwaniu Świętej Wody

I nareszcie nastąpił najprzyjemniejszy etap całego Podlasie MTB Tour, na który czekałam z mieszaniną ciekawości i lęku przez całe dwa dni – jazda na orientację! Start i meta w Świętej Wodzie koło Wasilkowa. Oprócz mnie zdecydowali się jechać tylko Marcin i Damian, a Gosia została opalać się, na co w pełni zasłużyła sobotnim występem.
Pogoda bez zmian, a może nawet zmiana na gorsze, czyli jeszcze cieplej niż było. Po honorowej rundzie wokół góry krzyży ruszamy drogami do oddalonych o parę kilometrów Studzianek. Dopiero tam dostajemy mapy. Nie do końca rozumiem, o co chodzi. Mamy chyba zrobić dwa kółka, bo dostajemy dwie różne mapy tego samego terenu, różniące się tylko rozmieszczeniem punktów kontrolnych. Pytać będę potem, obstawa stoi na starcie. Marcin i Damian mają inną, dłuższą trasę. Dla kobiet przewidziano 14 punktów, dla mężczyzn 18, a dla juniorów 5.
Ruszam razem z Anią Witkowską, z którą postanowiłyśmy połączyć siły. Początek jest łatwy. Szybko przyzwyczajam się do dziwnej skali 1:15000. Słońce cały czas wysoko na niebie, więc nawet specjalnie na kompas nie trzeba patrzeć. Do wyboru mamy przeważnie piaszczyste drogi leśne i zarośnięte malinami oddziałówki, na których złośliwe patyki wchodzą w koła, a leszczynowe witki smagają po rękach. Gonimy dziewczynę w żółtej koszulce. W którymś momencie ona wybiera skrót, potem zostaje z tyłu. Trudno powiedzieć, kto jest przed nami, kto za nami… Co i rusz z krzaków wyjeżdża jakiś zawodnik i gna w przeciwną stronę niż my. Nie ma czasu na picie, ani jedzenie, ani zastanawianie się. Wybieramy krótkie, pewne warianty, a mapa w miarę zgadza się z terenem. Nie jest bynajmniej płasko. Jednak czasem lepsza górka niż maliniaki. Pod koniec pierwszej pętli dostajemy wodę! Potem przekładam mapę w profesjonalnym, wypożyczonym mapniku, którym można obracać na wszystkie strony, choć przypominam sobie o tym dopiero po jakimś czasie (Ania przypięła mapkę agrafkami prosto do kiery). Mamy tylko jednego batona, którego gdzieś tam dzielę na pół podczas podbijania pk. I znowu woda pod koniec drugiej pętelki i ostatni punkt. A tam… nagle z drugiej strony pojawiają się najmocniejsze dziewczyny, które podobnie jak my, postanowiły stworzyć mały zaimprowizowany team – Magda z Athletic Body i Kasia z Kellysa.
No to mamy przechlapane! Pomimo, że muszą jeszcze cofnąć się jakieś 250 m do poprzedniego punktu, to co to dla nich! Przed nami 7 km szosy, tam nas wezmą bez problemu!
Ania jednak nie poddaje się. Pędzimy ile sił w nogach szutrówką. Ktoś nas dogania…? Ufff, chłopak. Wypadamy na szosę. Asfalt płynie. Dajemy z siebie wszystko. Burczy nam w brzuchach, woda się kończy – nie było czasu na zabawę z bidonami. Trudno, musimy wytrzymać, w tamtą stronę jechaliśmy wolno, ale w tłumie, więc nawet nie pamiętamy dobrze całej powrotnej trasy. Ania jest mocna i to ona ciągnie. Na jakiejś górce oglądam się – na razie konkurencji nie widać. Ale pewne swego to możemy być dopiero na mecie. Wpadamy w las – ostatni kawałek, piach, znowu ten piach, w dodatku na podjeździe. Ale na górce już widać czarny balon! W końcu – meta! Wpadamy zdyszane, matę mijam tuż za Anią, okazuje się, że jesteśmy na II i III miejscu, a zwyciężczyni dołożyła nam tylko 6 minut! Cieszymy się, przecież to świetny wynik! Licznik nastukał 35 km łącznie z dojazdówką w obie strony. Czas 2:14.
Jemy, pijemy, czekamy. Konkurentek nie widać. Wpadają kolejne dziewczyny i już całkiem sporo panów kończy trasę. Gosia, nasz dzielny suport, na bieżąco śledzi rozwój wydarzeń. W końcu pojawiają się Damian i Marcin. Konkurencja przyjeżdża po ponad godzinie. A wiec to musiało być ich pierwsze kółko? Nie wiem, w każdym razie dzięki nim miałyśmy motywację do tej morderczej końcówki na szosie. Napędziły nas nieźle!
Podczas dekoracji za całość Ducha Puszczy miłą niespodziankę sprawia Damian – III miejsce w swojej kategorii! Gratulacje!

Potem jemy jakieś olbrzymie pączki od Gosi, znów odwiedzamy Topolankę, w której Damian wykupuje cały zapas krokietów – i do domu. I tak kończy się ta nasza wesoła, kolarska majówka. Jaka szkoda, że Duch Puszczy tylko raz do roku opuszcza leśne ostępy!

Autor: Ula

ula

---

Komentowanie zakończone dla tego artykułu

---